0

KLER

Arkadiusz Jakubik
Kler – Arkadiusz Jakubik
fot. Mat. prasowe

Smarzowski wpada w sidła antyklerykalizmu, które sam zastawił.

Zamiast zrobić spójny, konkretny film, usilnie ukazuje ogrom patologicznych postaw, próbując stworzyć wrażenie, że cały tytułowy kler to wielkie zło. Wchodząc jednak w głębie psychologiczną sam sobie przeczy.

Bohaterów poznajemy podczas libacji alkoholowej. Ksiądz Trybus – z wiejskiej parafii z problemami alkoholowymi (Robert Więckiewicz), ksiądz Kukula oskarżony o pedofilię (Arkadiusz Jakubik) oraz ksiądz przedsiębiorca (Jacek Braciak) przygotowujący budowę ołtarza na uroczystości jubileuszu biskupa (Janusz Gajos). Który to także nie świeci przykładem – wulgarny materialista, zamiatający wszystkie skandale pod dywan metodą szantażu i przekupstwa. Od libacji do mszy jubileuszowej wydarzy się wiele, co zachwieje życiem księży, a może i nawet całego Kościoła.

To był materiał na znakomity film, gdyby skupiono się na jednym wątku. Niestety dla Smarzowskiego ważniejsze było, aby całą wspólnotę kościelną ukazać w negatywnym świetle. Uzyska co prawda dzięki temu poklask wielu środowisk antyklerykalnych, ale sam film na tym traci. Staje się bowiem niespójny, wiele wątków siłą rzeczy znika na kilkanaście minut. Największy problem jest z ich zakończeniem, które nie zdradzając szczegółów, są scenariuszowym bublem.

Problemem również staje się gatunkowość. Zwiastun zachęca wizją komediowości, a nawet groteski. Materiał jednak jest zdecydowanie dramatyczny. Pedofilia, alkoholizm, korupcja są tutaj ukazane jako wyrządzające ogromne i konkretne szkody – nie sposób się z takiej wizji beztrosko śmiać. Należało więc, jeżeli już chciało się o takich sprawach poważnie mówić językiem filmowym, zrezygnować z tonacji komediowej, która niestety dominuje w pierwszej części, a potem zbyt często powraca (postać biskupa). Albo pozostać przy formacie komediowym, ale wówczas wszystkie opowiadane historie tracą sens dramatyczny.

Żeby tego było mało wprowadzono wiele zupełnie niepotrzebnych scen epizodycznych (zebranie bojówki prawicowej na plebanii, kibole w pociągu i na rynku kopiący lajkonika, a nawet przebitki z Jedwabnego i solidarnościowych mszy za Ojczyznę), chyba tylko żeby się określonym środowiskom przypodobać. To i tak ginie w natłoku wątków wiodących, a niepotrzebnie nadszarpuje wiarygodność scenariusza.

O tyle szkoda tej maniery, bo Smarzowski jednak dostrzega potrzebę ukazania psychologii swoich postaci i od pewnego momentu to robi. Służą temu głównie znakomicie zrealizowane sceny retrospekcyjne ukazujące genezę zachowań, postaw i patologicznych zjawisk. Wyraźnie widać w konkretnych scenach i rozwiązaniach scenariuszowych zgubność generalizowania i ukazywania tylko jednej strony medalu. Szczególnie odnośnie wątku wiodącego, który rozwija się w końcówce w sposób tak zaskakujący, że przeczy wszystkim antyklerykalnym tezom stawianym wcześniej. A Smarzowski mimo tego dalej próbuje robić dokładnie to co społeczność lokalna w najlepszej scenie w całym filmie – dokonać linczu w oparciu o czarno-białą wizję świata i tytułowego kleru.

Realizacyjnie Smarzowski pozostaje przy swoim stylu, doskonale znanym z poprzednich produkcji („Wesele„, „Dom zły”, „Wołyń”, „Drogówka” – przy okazji funkcjonariuszom policji także tutaj mocno się obrywa). Rzeczywistość ukazana w szarych światłach, ruchoma kamera – na przemian chaotycznie podążająca za postaciami, ukazująca zbliżone kadry lub obserwująca z odległości. Są amatorzy takiego sposobu sztuki filmowej – oni będą tutaj w pełni usatysfakcjonowani. Do rangi mistrzowskiej wybrane sceny doprowadza znakomity montaż – te chwile pozostają na długo po wyjściu z kina (właśnie lincz na pogrzebie, czy też może trochę przerysowana ale robiąca wrażenie sekwencja finałowa). Można nawet zaryzykować tezę, że pod względem tworzenia kompozycji scen Smarzowski jeszcze się rozwinął i pod tym względem to jego najlepszy film. Nawet ci, którzy nie specjalnie gustują w stylu Smarzowskiego, jak chociażby niżej podpisany, muszą mu oddać że robi z każdym filmem postępy warsztatowe.

Na osobną wzmiankę zasługuje realizacja dźwięku, jakiej jeszcze w polskim kinie nie było. Nawet nie chodzi o to, że każdą kwestię dokładnie, wyraźnie słychać. To cały zestaw znakomicie słyszalnych efektów dźwiękowych dodawanych gdzieś w tle, zwykłe chrapanie urasta tutaj do miana dzieła sztuki filmowej.

Rewelacyjnie wypadło aktorstwo. Praktycznie każda z pierwszoplanowych postaci buduje znakomitą kreację. Aż niesprawiedliwie napisać że Jakubik jest lepszy od Więckiewicza, a ten od Braciaka. Gajos z nich wszystkich miał najtrudniejszą rolę, postać zdecydowanie zbyt przerysowaną, ale także z tego wybrnął wprost koncertowo. Znakomicie jest także na drugim planie, dla przykładu Joanna Kulig jest dużo lepsza niż w „Zimnej wojnie”. Świetna jest też trzecioplanowa rola Andrzeja Konopki, czyli pasującego jak ulał do tematyki filmu – duszpasterza hipsterów z Pożaru w Burdelu.

Kler” będzie wielkim hitem kasowym, ale jak to w „polskim piekiełku” naturalne – wzbudzi wiele niepotrzebnych dyskusji i kontrowersji. A prawda jest taka, że Smarzowski zapatrzony w swoje antykościelne zacietrzewienie zmarnował znakomity temat. Dla pewnych środowisk może okazać się filmem kultowym, dla innych obrazoburczym. A nie o to chodzi, żeby sprowadzić dyskusję na tak trudne tematy do wojny dwóch już dawno okopanych obozów. Fundamentów Kościoła „Kler” nie naruszy, ten radzi sobie dwa tysiące lat i tak skrajny, wewnętrznie sprzeczny obraz w żaden sposób nie zakłóci jego pozycji. Niestety także nie przyniesie refleksji, bo przedstawia obraz niesprawiedliwy i skrajnie przerysowany.

Smarzowski przypomina takiego wujka na „spędach” rodzinnych, który opowiada barwne, szokujące historie, ale z jego gadania niewiele wynika. Nawet jeżeli robi to w coraz lepszym stylu, to i tak kompromituje się swoją przerysowaną, czarno-białą wizją otaczającej rzeczywistości. Nawet na znaczeniu traci tutaj, czy to obraz całego społeczeństwa, czy wybranej grupy.

Zwiastun:

29 września 2018 00:51

Komentarze