Wczoraj w wagonie jadącym przede mną przewrócił się pasażer. Pogotowie zabrało mężczyznę do szpitala, a my ruszyliśmy z opóźnieniem sięgającym 35 minut. Miałem świadomość tego, że o jakiejkolwiek chwili przerwy na pętli mogę tylko pomarzyć.
Po obsłużeniu przystanku na Placu Zbawiciela, zamknąłem drzwi i ruszyłem prowadzonym przez siebie tramwajem.
Wtem widzę wbiegającą na przejście dla pieszych z dzieckiem na rękach kobietę, która unika potrącenia przez samochód. Biegnie w stronę tramwaju, który już z przystanku ruszył, a który opóźnienia ma tyle, że wystarczy dla 1/4 pociągów PKP w kraju.
Gdy kobieta spostrzega, że się nie zatrzymam zaczyna rzucać obelgami: „ty bezczelny ch*ju„, po czym otwartą dłonią uderza w szybę tramwaju.
Myślę sobie skarga murowana.
Gdy dojechałem do Metra Politechnika i już chciałem zamknąć drzwi by odjechać z przystanku okazało się, że… w ostatnich drzwiach wagonu stała owa kobieta!
Biegła z dzieckiem z poprzedniego przystanku (odległość między przystankami to tylko ok. 150 metrów), ale dziecko zostawiła na torowisku i sama biegła do drzwi tylko po to by w nich stać i opóźnić odjazd tramwaju. A dziecko?
Jak na czterolatka (ocena na oko) przystało, powoli i zapłakany doczłapał się do drzwi, bo matka (to słowo zostawię waszej ocenie) zostawiła dziecko na torach tramwajowych by za wszelką cenę pojechać danym tramwajem.
Myślałem, że wyjdę z siebie i stanę obok.
Ocenę zachowania delikwentki zostawię Wam.
Kilka przystanków dalej miałem wizytację Patrona.
Patron to motorniczy, który odwiedza innych motorniczych i pomaga im w rozwiązywaniu problemów, pomaga w osiąganiu dobrych statystyk (och, jak ja nienawidzę słowa „statystyka”!) jeżeli chodzi o punktualność i obsługę pasażera.
Patron uświadomił mnie, że 33 miesiące starania się o tytuł Wzorowego Motorniczego poszedł na marne, ponieważ w miesiącu listopadzie (na dwa miesiące przed końcem trzyletniego okresu rozliczeniowego) spośród 2588 obsłużonych przeze mnie przystanków, z około 5 odjechałem przed czasem, co mnie dyskwalifikuje. W miesiącu listopadzie na wyświetlaczu czasu i punktualności ani razu nie odjechałem przed czasem z żadnego przystanku, ale kogo to obchodzi? Niemal trzy lata starań poszły na marne.
Byłem tak zdenerwowany, że żeby się uspokoić zacząłem śpiewać podczas jazdy. Po kolejnych kilku przystankach jedna z pasażerek zapytała mnie czy to ja śpiewałem. Przeprosiłem, powiedziałem, że to z nerwów, bo ktoś mnie dzisiaj bardzo zdenerwował. Pasażerka powiedziała, żebym śpiewał częściej, nie tylko jako środek na nerwy, bo mam miły głos i niezły warsztat. Humor i samopoczucie poprawione
Jakby tego było mało, na sam koniec dnia, gdy zmieniałem już tablice wagonu na zjazd z pętli do zajezdni, w drugim wagonie siedziała zapłakana dziewczyna z plecakiem turystycznym na kolanach. Zapytałem czy czasem nie potrzeba udzielić pomocy lekarskiej, wezwać pogotowia ratunkowego.
Dziewczyna odpowiedziała, że… chce umrzeć. Zostawił ją chłopak, więc spakowała się i chciała wyjechać do przyjaciół do Poznania. Uznała jednak, że lepiej będzie skoczyć z mostu, a gdy jechała już moim tramwajem uznała, że jest na tyle chłodno, że powiesi się na pasku od spodni, w drugim wagonie mojego tramwaju.
Pasek miała w dłoni, co było przerażającym widokiem.
Całą i jedyną tego dnia przerwę rozmawialiśmy o tym, co boli człowieka w samotności i jak sobie z tym ludzie radzą. O tym dlaczego warto żyć i trwać i dlaczego nie warto robić pewnych rzeczy. Opowiedziałem jej trochę o sobie i swoich problemach i jak sobie z nimi staram radzić (wszak wszyscy mamy problemy).
Dziewczyna zadzwoniła do rodziców, by odebrali ją z przystanku.
„Nie warto działać pod wpływem impulsu” – powiedziała gdy wychodziła z mojego tramwaju prosto w ramiona matki i ojca.
Bycie motorniczym to nie tylko wciskanie guziczków.
Nie dziwcie się, że czasem zachowujemy się w taki a nie inny sposób, czy bywamy w waszej ocenie niekulturalni. Czasem jesteśmy zmęczeni przez sytuacje, które nas spotykają, bo mamy do czynienia z ludźmi, którzy niosą ze sobą olbrzymie emocje.
Oby dzisiejszy dzień na linii 27 przyniósł mi spokój, którego po wczorajszym dniu potrzebuję.
Jak nigdy.
No results available