0

Trzy billboardy = dwa Oscary

Reżyseria: Martin McDonagh
Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – Reżyseria: Martin McDonagh
fot. Mat. prasowe

”Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – typowany jako zwycięzca, to największy przegrany tegorocznej gali oscarowej. Tylko, że słusznie …

Film irlandzkiego reżysera Martina McDonagha, przez wielu uznawany za najlepszy spośród kandydatów zyskał statuetki jedynie w kategoriach aktorskich.  I tylko tam zasłużył, bo to film co najwyżej poprawny realizacyjnie, za to absurdalny scenariuszowo – przerysowany, niespójny, nielogiczny, zbędnie szokujący i upraszczający. Zrzucanie tego na karb czarnej komedii jest o tyle nieuzasadnione, że poruszane tematy (utrata dziecka, gwałt, nowotwór – naprawdę idealne tematy do robienia sobie żartów) do śmiechu nie nastrajają.

Trzy miejsca reklamowe przy mało uczęszczanej, lokalnej drodze (zbudowali autostradę) budzą zainteresowanie pewnej kobiety – Mildred Hayes (Frances McDormand, która wygrała rywalizacje w kategorii „Najlepsza aktorka”). Chce wynająć je na cały rok i umieścić tam trzy hasła. Odnoszą się one bezpośrednio do szefa policji niewielkiego miasteczka w związku z brakiem efektów śledztwa odnośnie brutalnego mordu jej córki Angeli Hayes. Reklama budzi ogromne lokalne poruszenie: przyjeżdża telewizja, policjanci są spanikowani, negocjuje ksiądz, a najbardziej poruszony jest miejscowy dentysta. Mildred jednak ani myśli wycofać się ze swojego reklamowego protestu.

W zasadzie cała fabuła jest nam znana po kilkunastu minutach: wiemy jaki jest punkt wyjścia, domyślamy się co się wydarzyło i mniej więcej wiemy czego się spodziewać. Martin McDonagh zaczyna więc budować film na skrajnych przerysowaniach. Tak skrajnych, że z pewnością celowych, próbując (chyba) doprowadzić wszystko do absurdu, czy też czarnej groteski. I to jest najpoważniejszym zgrzytem tego filmu. Każda kolejna scena próbuje przebić poprzednią stopniem absurdu lub nielogiczności. Dotyczy to zarówno głównej fabuły, w której trudno znaleźć chociażby szczyptę sensu i logiki, jak i pojedynczych scen typu:

  • mężczyzna dzwoni do kobiety o zmroku, a ona odbiera w środku dnia,
  • policjant przebywający w płonącym posterunku na piętrze wyskakuje z parteru,
  • samochodowa gaśnica ma pojemność wozu strażackiego.

Przy tym wszystkim można jednak odnieść wrażenie, że reżyser cały czas próbuje pozostać przy powadze sytuacji i oczerniać postawy, głównie rdzennych, koniecznie białych, Amerykanów. To czy film jest czarną komedią, czy dramatem społecznym zostaje chyba nierozstrzygnięte, chociaż w obu przypadkach wypada niewiarygodnie. Z dużym zdziwieniem można przyjąć wybuchu śmiechu widowni (pierwszy po tekście „mam raka” – rzeczywiście śmieszne …), zapewne przygotowanej do nastroju czarnej groteski. Jeżeli jednak to marne dzieło porównywane jest do filmów Tarantino, czy braci Coenów, gdzie nie tylko było śmiesznie, ale przede wszystkim perfekcyjnie scenariuszowo, to trudno się dziwić. Irlandczyk nawet nie zbliża się do poziomu tych mistrzów czarnej groteski.

Absurdalna fabuła to tylko preludium do kolejnego mankamentu tego filmu, jakim są dialogi. Tutaj przerysowanie osiągnęło już poziom absurdu – ludzie komunikują się głównie wyzwiskami, nawet jeżeli nie ma co do tego żadnej logicznej przyczyny. Irlandczyk traktuje amerykańskich bohaterów, jak półgłówków, dla których sformułowanie poprawnego zdania jest nieosiągalne. To też utrudnia zrozumieć motywacje bohaterów. Główna postać wygląda generalnie na wariatkę, co jest zrozumiałe w jej zachowaniu w odniesieniu do policji, która nie potrafi znaleźć mordercy, ale już mniej do innych osób, bo nawet syna, z którym mieszka traktuje płatkami śniadaniowymi. Wydaje się, że w podtekście jest jakiś sens jej działania tylko, że każda kolejna scena temu przeczy.

Jeszcze gorzej jest z postaciami policjantów. Główny komendant, czy może nawet szeryf (amerykańskie standardy rodem z westernów), niby jest stonowany, a funduje swojej ukochanej rodzinie traumę sto razy większą od walki z nowotworem. Pozostali stróże prawa to głównie debile, rasiści i nieudacznicy. Co prawda w filmie nie ma żadnej racjonalnej przesłanki, że policja mogła ująć sprawcę, ale sugeruje się, że brak efektów to głównie ich wina jako głupków bez fachowego przygotowania do prowadzenia śledztwa. Z jednej strony są oni brutalni i omijają procedury, z drugiej dają sobie wejść na głowę – zamiast aresztować za obrazę funkcjonariusza szukają pretekstu z posiadaniem narkotyków. Trudno też zrozumieć dlaczego takie poruszenie budzi cała akcja reklamowa, jeżeli tak naprawdę policja niewiele mogła zrobić w całym śledztwie. W małym miasteczku może i takie wydarzenie wzbudzi emocje, ale góra na tydzień. Co prawda reżyser unika jednoznacznego określenia czasu akcji (bo w obecnie to byłaby sensacja ledwie na pół dnia), ale i tak fabuła robi widły z igły. I po raz kolejny usprawiedliwianie tego celowym zabiegiem groteskowym jest mało wiarygodne.

Nie można za to mieć wiele pretensji do aktorów, bo dostosowali się oni do wymagań scenariuszowych i dialogowych. Nie mogą wyjść poza ramy absurdu i grają kolejno: wariatkę, imbecyla, głupka, rasistę. W tych ramach wypadają poprawnie i może faktycznie zasłużyli na statuetki (Frances McDormand i Sam Rockwell).

Udaje się natomiast reżyserowi zaaplikować odpowiedni klimat. Akcja swoim tempem odpowiada małemu, amerykańskiemu miasteczku. Ta cecha powoduje, że pomimo wielu drastycznych scen i samej tematyki, film ogląda się raczej z przyjemnością. Jest duża ulga w momencie zakończenia, ale nie wynikająca z większego zażenowania, które biorąc pod uwagę luki scenariuszowe (w tej kategorii film też został nominowany do Oskara, co już jest absurdem do sześcianu), mogłoby się pojawić. Duża zasługa tutaj bardzo poprawnej, ale tylko poprawnej – z zachwytem bym nie przesadzał, pracy operatorskiej. Zdjęcia są bardzo zróżnicowane i operator sprawdza się zarówno w scenach pożarów, jak i ukazania uroków natury. Najlepsza pod względem operatorskim jest scena w szpitalu, gdy rzeczywistość widzimy okiem dwóch poszkodowanych pacjentów.

Najlepiej jednak klimat buduje element, który jest jedynym arcydziełem w tym przeciętnym filmie. Jest nim muzyka. I tutaj w jedynej kategorii film McDonagha na nagrodę zasługiwał, a nie dostał. Nie tylko buduje ona klimat filmu, z początku countrowo-westernowy, a z czasem groteskowo-drastyczny, ale podrzuca wiele podtekstów, po części tłumacząc absurdy serwowane przez scenariusz. Pod tym względem faktycznie można się rozkoszować. Szkoda że inne elementy tej produkcji nie idą z tym w parze.

Na zakończenie warto jeszcze, nawet nie za bardzo spoilerując wspomnieć o zakończeniu. Jak już reżyser „jechał po całości” to można było spodziewać się co najmniej bomby atomowej, która zjednałaby sobie jeszcze więcej zwolenników (najlepiej jakby mordercą okazał się biały ksiądz rasista), ale jak przychodzi co do czego to Irlandczyk odpuszcza zostawiając wielu widzów z niedosytem. Chociaż słyszałem również opinię, że to końcowe niedopowiedzenie jest atutem filmu. Co widz – to opinia.

Ocena 5/10

Zwiastun:


Polska premiera: 2 lutego 2018
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Rok: 2017
Gatunek: dramat, komediodramat, kryminał, thriller

  • Reżyseria i scenariusz: Martin McDonagh
  • Muzyka: Carter Burwell
  • Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell
7 marca 2018 02:18

Komentarze