Wiosenny felieton o dwóch kółkach

Rowerzyści na przejściu dla pieszych - Rondo de Goullea
Rowerzyści na przejściu dla pieszych – Rondo de Goullea
fot. MPawlik

Felieton Macieja Bieleckiego, warszawskiego samorządowca, kiedy rowerzyści budzą się ze snu zimowego.

Kto zna Lublin i wspomni, że lubelski staromiejski deptak, obejmujący tamtejsze Krakowskie Przedmieście, jest dłuższy niż w Warszawie, nie będzie specjalnie zaskoczony, że właśnie w tym mieście powstał pierwszy dokument ustalający standardy miejskich procedur planistycznych, inwestycyjnych i strategicznych dotyczące pieszych. Dokument zakończył etap konsultacji społecznych i, jak rozumiem, zostanie teraz zatwierdzony przez radę miasta.

Lubelskie Standardy Piesze” to kilkanaście stron wytycznych i zaleceń, takich jak postulat, by każda istniejąca lub projektowana ulica posiadała także ciąg pieszy, plus „Koncepcja podstawowej sieci pieszej”, zawierająca wyszczególnienie głównych tras i placów pieszych tworzących sieć w mieście, zasady kształtowania ciągów pieszych i ich otoczenia, opis strefy centrum i strefy śródmiejskiej jako obszarów priorytetowych dla ruchu pieszego oraz opis głównych węzłów przesiadkowych w mieście.

Rowerzysta w przejściu podziemnym jedzie w kierunku wyjścia do stacji Metro Centrum
Rowerzysta w przejściu podziemnym – jedzie w kierunku wyjścia do stacji Metro Centrum
fot. MPawlik

Autorzy klarownie definiują i realizują cel swojej pracy: nadanie priorytetu transportowi pieszemu w mieście oraz promocja kultury chodzenia. Twierdzą, że „transport pieszy jest wartością miasta i podstawowym sposobem poruszania się w mieście […] a jakość transportu pieszego przekłada się na jakość pozostałych sposobów poruszania się”. Wysoka ranga transportu pieszego przywraca miastu jego atrakcyjność, sposób funkcjonowania i atrakcyjny wygląd, zachęca do życia w nim oraz do prowadzenia działalności gospodarczej.

Konsekwencją tego jest wymóg, by miejska przestrzeń publiczna była projektowana z punktu widzenia pieszego, który jest gospodarzem miasta. W „Standardach” zapisano, że każdemu miejscowemu planowi zagospodarowania przestrzennego, a nawet indywidualnej decyzji o warunkach zabudowy, ma towarzyszyć symulacja widoku z poziomu wzroku pieszego, tak by można było ocenić zmianę otoczenia ciągów pieszych oraz wpływ na krajobraz odbierany przez pieszych użytkowników.

Rowerzystka na chodniuku przy wejściu do stacji Metro Ratusz-Arsenał
Rowerzystka na chodniuku – przy wejściu do stacji Metro Ratusz-Arsenał

Co ciekawe, głównym konsultantem „Lubelskich Standardów Pieszych” jest Jan Jakiel, urzędnik warszawskiego Zarządu Dróg Miejskich, były prezes warszawskiego Stowarzyszenia Integracji Stołecznej Komunikacji SISKOM, obecnie związany z również warszawskim Instytutem Obywatelskim, think-tankiem partii, do której należy prezydent Warszawy.

Jan Jakiel nie zajął się pieszymi w Warszawie, gdyż według pani prezydent rolę pieszych w stolicy zajmują rowerzyści – w naszym mieście zamiast „Standardów pieszych” uchwalono jakiś czas temu „Standardy projektowe i wykonawcze dla systemu rowerowego”. Będę musiał sprawdzić, czy zapisano w nich też wymóg, by planom zagospodarowania i decyzjom o warunkach zabudowy towarzyszyły symulacje z poziomu wzroku rowerzysty…

Nie oznacza to, że nie jestem sympatykiem rowerzystów.
Owszem, jestem wielkim sympatykiem rowerzystów, skate-boardzistów, narciarzy, podobnie jak i wszelkiej maści biegaczy czy piłkarzy. Gdy pracowałem w samorządzie, wspierałem budowę ścieżek rowerowych i innych elementów infrastruktury sportowej. Ubolewam, że nie wszędzie w Warszawie wybudowano ścieżki rowerowe. Podobnie ubolewam, że w Warszawie narciarze zjazdowi nie mają warunków do uprawiania swojej pasji. Ale nie jest to chyba argument, by narciarze szusowali swobodnie pochyłym odcinkiem ulicy Karowej czy Górnośląskiej, w dodatku z pretensjami do wszystkich innych, że nie chcą ustąpić im miejsca? A takie podejście obserwujemy u stołecznych rowerzystów.

Tak – stołecznych. Przekonanie, że rowerzysta to heros, któremu należy się szczególny podziw i szacunek, przed którego potrzebami powinni ustępować piesi i kierowcy, dorośli i dzieci, to niestety specyfika Warszawy. W takim Gdańsku przeżyłem kiedyś szok kulturowy: gdy z dziecięcym wózkiem wsiadłem do miejskiego autobusu, którym podróżował cyklista, z szoferki natychmiast wyszedł kierowca i poprosił rowerzystę o opuszczenie autobusu, gdyż zajmował on miejsce przeznaczone dla mojego wózka. Przerażony, że cyklista pobiegnie zaraz na skargę do „Gazety Wyborczej”, albo co najmniej do lokalnego oddziału „Krytyki Politycznej”, próbowałem mediować, ale to ja okazałem się niewychowany. Cyklista grzecznie opuścił autobus i udał się w dalszą drogę na rowerze.

Rower w autobusie MZA - tym razem to rower pana kierowcy
Rower w autobusie MZA – tym razem to rower pana kierowcy
fot. MPawlik

Taką scenę w Warszawie trudno sobie wyobrazić. Podobnie jak niewyobrażalne jest, by rowerzyści w sezonie letnim korzystający masowo z windy w kamienicy Johna na Starym Mieście przepuścili osobę z dziecięcym wózkiem. Przecież mamusia czy tatuś z pociechą mogą poczekać, albo spróbować jazdy ruchomymi schodami…

Dlatego bardzo ucieszyła mnie wiosenna akcja promocyjna Zarządu Transportu Miejskiego, przypominająca, że pierwszeństwo przed rowerami mają zawsze wózki inwalidzkie i dziecięce. Rower to hobby, a wózki to życiowy przymus. „Przewóz roweru to przywilej, który powinien być wykorzystywany w wyjątkowych okolicznościach, takich jak awaria jednośladu czy załamanie pogody” – przypomina ZTM.

Życzę Państwu wielu wiosennych wyjazdów rowerowych, bez żadnych awarii i załamań pogody. Jazda na rowerze to wspaniały sport.

Pierwsza wersja tekstu ukazała się w „Nowej Gazecie Praskiej”
Adres autora: maciej(at)bialecki.net.pl

8 kwietnia 2016 07:45