0

Western à la Tarantino

reż. Quentin Tarantino
Nienawistna Ósemka – reż. Quentin Tarantino
fot. Mat. Prasowe

Od piątku w warszawskich kinach najnowszy film Quentina Tarantino „Nienawistna Ósemka”. Czyli jedna z najbardziej oczekiwanych premier 2016 roku.
Pierwsze seanse już minutę przed północą w dwóch (zlokalizowanych w samym centrum) kinach.

Tytuł „Nienawistna Ósemka” częściowo może odnosić się do informacji z czołówki, która wskazuje że to ósmy film (jak się „sprytnie” policzy to faktycznie można się zgodzić) tego niezwykle popularnego, i zmieniającego myślenie o kinie, reżysera. Niewątpliwie w każdym z dzieł Tarantino nienawiść jest obecna, więc możliwe że bardziej do całej twórczości odnosi się ten tytuł, niż do samej treści najnowszego jego dzieła. Zresztą coraz więcej głosów recenzentów wskazuje, że najnowszy film to takie podsumowanie reżyserskiego dorobku.

Tarantino, jak to ma w zwyczaju, sięga po raz kolejny po zupełnie nowy (w swojej filmografii, w historii kina niezwykle popularny) gatunek filmowy. Była już w jego twórczości tematyka współczesnej, brutalnej, przestępczej Ameryki („Wściekłe Psy”, „Pulp Fiction”, „Jackie Brown”), było odniesienie do motoryzacyjnego kina lat 70-tych („Grindhouse: Death Proof”), był hołd dla kina azjatyckiego („Kill Bill”), była tematyka wojenna („Bękarty Wojny”), był film o problemie niewolnictwa („Django”), no to czas na chyba najbardziej amerykański z amerykańskich gatunków: western (z takiej wyliczanki w nawiasach wyszła mi właśnie wspomniana ósemka w filmografii Quentina). W sumie to aż dziwne, że dopiero teraz nakręcił western, który jest w końcu kopalnią filmowego stylu.

W zasadzie recenzję „Nienawistnej Ósemki” można ująć w jednym zdaniu: dla fanów Tarantino rewelacja, dla całej reszty niespecjalnie. Co prawda z kinem Tarantino nie jest tak, jak z popularnym określeniem odnośnie muzyki zespołu Slayer (ludzie dzielą się na tych którzy nigdy nie słyszeli Slayera, na tych którzy nienawidzą tej muzyki i na … chorych psychicznie), ale coś specyficznego w stylu tego reżysera jest. Wcale nie zdziwi opinia i trudno byłoby z nią polemizować, jak ktoś przypadkowo zaprowadzony na „Nienawistną Ósemkę” byłby mocno zdegustowany.

Cała fabuła tego trzygodzinnego dzieła sprowadza się praktycznie do dwóch lokalizacji. Na początku obserwujemy podróż dyliżansem w trakcie burzy śniegowej, podczas której poznajemy w odpowiednim czasie pierwszą czwórkę bohaterów – do tej krótszej sekwencji bardziej pasowałby tytuł „Rozgadana Czwórka”.

zimowa sekwencja
Nienawista Ósemka – zimowa sekwencja
fot. Mat. Prasowy

Potem w wyniku takiej, a nie innej pogody (a’propos, podobno Tarantino żeby lepiej odebrano jego film w Warszawie zesłał od piątku powrót mroźnej zimy …), bohaterzy chronią się w chatce (zamykanej za pomocą młotka i gwoździ), w której już mamy kompletną tytułową Ósemką (do pewnego czasu jeszcze żywą).

schronienie w chatce

Czy ona taka nienawistna? No z czasem tak (mniej więcej pod koniec drugiej godziny filmu zaczyna się w nich coś budzić), bo jakby to sztandarowy film Tarantino mógł się odbyć bez rozlewu krwi? Ale nie zdradzajmy fabuły, bo już nazwisko Tarantino w czołówce mówi zbyt wiele.

„Nienawistna Ósemka” reż. Quentin Tarantino

Patrząc na poszczególne aspekty sztuki filmowej wszystko jest na swoim „quentinowskim” miejscu. Dialogi to prawdziwa maestria. Zdjęcia rewelacja. Prowadzenie fabuły sprawia, że trudno zorientować się upływu trzech godzin. Muzyka? Ennio Morricone i wszystko jasne. Smaczki i odniesienia do kultury masowej, współczesnej i kinowej? – cała masa.

Wszystko jest więc doskonale, ale szczerze? Nie zdziwię się jak po latach krytycy będą oceniali „Nienawistną Ósemkę” jako najsłabszy film w twórczości Tarantino (zaledwie trzy nominacje do Oscarów też są tutaj pewnym sygnałem). No chyba, że z czasem nabierze jakiegoś dodatkowego uroku, którego po pierwszym obejrzeniu, tudzież współcześnie, nie da się dostrzec.
Bo Tarantino geniuszem filmowym jest i basta!

14 stycznia 2016 13:41