Zaczynamy nowy cykl. Mamy nadzieję, że czytelnikom spodobają się historie pewnej blondynki, która 6 lat temu, „o świcie 10 listopada 2009 roku, zamknęła cicho za sobą drzwi warszawskiego mieszkania” i ruszyła w drogę.
Pierwsza była Turcja, potem był Iran, pięciodniowym pociągiem ze Stambułu i … cały czas „depeszuje”.
Na Kubie nie ma praktycznie nic. Pomijam czarny rynek (jest wszystko, poza oczywistym dla Obcego wejścia do tegoż) oraz sklepy na kartki (nadal właściwie po stronie “nic”). Sklepy dewizowe obiecują lśniącą szklaną witryną, szwadronem ochrony i chłodkiem klimatyzacji dużo więcej niż w rzeczywistości są w stanie oferować. Po tygodniu staje się boleśnie jasne, że różnorodność asortymentu pozostaje jedynie w sferze obietnicy sprzed piątego podejścia.

Ale wchodzę, bardziej już z nawyku upewniania się, że nic nowego nie znajdę, lekko może podbitego ciekawością jak dużo mniej może być w sklepie w mniejszej miejscowości. Błąkam się powoli między półkami, rozważam, sztuka dla sztuki, nieludzko drogą puszkę kukurydzy i nagle mój wzrok pada na Nią.
Niedowierzając własnym oczom, wpatruje się w uśmiech niebieskookiej blondynki, której do pełni obrazu brakuje tylko pęku czerwonych maków w ręku. Zamiast tychże jednakowoż niemożliwy do pomylenia napis: POLKA.
Oszołomiona tym niespodziewanym spotkaniem rodaczki na trasie, patrzę co też ta Polka ma w środku. I ze wszystkiego co mieć mogła, miała akurat to, co rozlało mi się mazurskim jeziorem po ciele, zachybotało kładzionym wiatrem zbożem, zaświstało śpiewem kormoranów, zamigotało wściekle fioletowymi połaciami wrzosu…
Konserwa turystyczna.

Konserwa turystyczna. W kubańskim sklepie dewizowym. Za kilka nieosiągalnych dla większości Kubańczyków, rzeczonych dewiz. Mięso, w kraju, gdzie za zabicie, poza oficjalnym obiegiem, krowy, czeka kilka lat wiezienia. Jednym słowem, towar wysoce luksusowy. Znikądż indziej jak z mojej ojczyzny! Mało tego, z Polski kapitalistycznej, nie z czasów przyjaźni Polsko-Kubańskiej, w których to czasach pewnie i po drugiej stronie oceanu niejedno serce by zabiło na widok tejże. Co do tego ostatniego (bo nie to, że tak sobie plotę trzy po trzy, pierwsza moja myśl pognała w stronę “toż ile to tu musi leżeć!”), jestem pewna. Sprawdziłam datę produkcji.
W tym czasie, ze mnie na Polkę Konserwę przerzucał zdumiony wzrok szwadron ochroniarzy oraz dwie ekspedientki, które pewnie niejedno w życiu widziały. Wywijania hołubców w dziale “Konserwy” być może jeszcze nie. Mojej nieskończonej radości nic jednakowoż nie było w stanie speszyć, nawet stanowcza odmowa uwiecznienia Turystycznej na okolicznościowej fotografii. Pies zdjęcie drapał, wysupłałam 4 CUC i opuściłam lokal czule obejmując 350 gram pachnących żaglem i biwakiem. Możliwe, iż podśpiewując “Na całych jeziorach Ty”.
Był listopad 2014 roku.Ci, którzy z uprzejmym zdziwieniem uczestniczyli (uwaga!) osiem miesięcy w moim życiu z mielonką, zadają mi pytanie, dlaczego nie zjadłam jej na Kubie. Jakże ja mogłam ją zjeść? To znaczy zjeść absolutnie mogłam, nawet byłoby to wskazane biorąc pod uwagę dość monotonną dietę (pizza i lody). Problem leżał w odwiecznym dylemacie “zjeść ciastko i mieć ciastko”. W tych pierwszych tygodniach nadal bardziej chciałam mieć. Chciałam wracać do pokoju w którym Turystyczna na mnie czekała. Chciałam zerkać jej w oczy o poranku. Chciałam też mieć perspektywę, która to perspektywa nieuchronnie zniknęłaby razem z konsumpcją.
Turystyczna jednak waży i jest to przeciwwaga nie do zlekceważenia dla kogoś, kto obcina końcówkę szczoteczki do zębów bądź przepłaca za hamak lżejszy od tańszej wersji o 50 gram. Fabrycznie Turystycznej dano 350 gram plus puszka, ale jak wiadomo jest to waga półkowa. Waga transportowa, z moich wstępnych wyliczeń, rośnie 10 gram co 100 metrów, przy czym po trzecim kilometrze współczynnik wzrostu gwałtownie przyspiesza. Odwrotnie proporcjonalnie do organizmu transportującego.
Ja sama to bym może i dłużej pociągnęła to szaleństwo, ale lud w Ameryce Łacińskiej usłużny, bagaż nierzadko na dach wrzucany, kręgosłupy do salsy i baciaty szkolone. Strach, że wyeliminuje co lepszych tancerzy, ogromny. Nad POLKĄ zawisł topór szwajcarskiego scyzoryka uposażonego w stosowne do okoliczności ostrze.Chciałam znaleźć godny Turystycznej anturaż, padło na Boże Narodzenie. Ale na Boże Narodzenie zrobiłam rybę w galarecie z galarety przewidzianej w kuchni meksykańskiej na wyłączność deserów i każdy łut szczęścia oraz pomoc boża była mi potrzebna, żeby na proszonej kolacji nie zostać wyproszoną razem z moim wkładem w wieczerze. Konkurencja w postaci Turystycznej w ogóle nie wchodziła w rachubę.
I wtedy nastąpił przełom w sprawie. Gdybymż to ja wiedziała, że funduje Turystycznej (nomen omen) wizytę w trzech krajach i ośmiomiesięczna wędrówkę, pewnie ugryzłabym się w język. Ale się nie ugryzłam. Niesiona zachwytem nad własnym sprytem i przebiegłością, rzekłam ja do siebie: “zjesz, jak opublikujesz nowy tekst na blogu” (potem naturalnie wielokrotnie parafrazowałam sama sobie tekst owej obietnicy, jednakowoż były to parafrazy zdecydowanie mniej eleganckie).
Przetrwała wyprawę do dżungli, gdzie to się prowiantowo niedoszacowałam i zabrakło mi pożywienia i ona tylko, jedyna przedstawicielka tegoż, w pąsach czekała na wyrok, choć pewnie nie pamiętała tych 20 kilometrów do najbliższego sklepiku, bo przecież to nie ona mnie a ja ją te 20 kilosów na plecach niosłam. Ale nie ruszyłam, to znaczy ruszyłam, ale rzeczone kilometry do najbliższej wsi.
Pojechała nad ocean. Pojechała w góry, zahaczyła o kilka frapująco pofałdowanych meksykańskich miast i miasteczek. Po drodze się roznegliżowała kilka razy z błękitnookiej uśmiechniętej Polki i przyznać muszę, że tę akurat przepychankę przegrałam – kilka razy doklejałam Polkę taśmą, ale gdzieś w chwili nieuwagi Turystyczna zrzuciła ostatecznie emblematy i zdecydowała się świecić mi po oczach pełnym wyrzutu srebrem. Bowiem jeździła na wierzchu plecaka. Bowiem nadzieja umiera ostatnia.
Od Redakcji:
Zaintrygowanych Kaśki opowieściami zapraszamy na jej (mniej lub bardziej) regularnie uzupełnianego bloga oraz „fanpejdża