Karma w dzisiejszych czasach działa ekspresem… Oto spaceruję po ulicach Shangri-la, przy akompaniamencie własnego walącego wściekle serca.

Po trzecie, zaniemogłam… Wyjeżdżając z Dali, 300 kilometrów wcześniej i 1200 metrów niżej, właścicielka mojego hotelu nie znoszącym sprzeciwu głosem wykrzyczała mi listę powodów, dla których jechanie do Shangri-la to pozbawiony sensu pomysł (“głupi” to chyba było to słowo). Tak na marginesie, Chinki to ciężki kawałek chleba. Głos mają donośny, przekonania niezłomne, temperament przykrótki. Do tego najczęściej dobrą wolę, wiec człowiek jest bezsilny wobec takiego wybuchu jedynie słusznych rad. Tym razem lista powodów była długa, miałam nie jechać, bo jest tam potwornie zimno, wszędzie jest mgła, “nie ma widoków”, a przede wszystkim trafi mnie bardzo, ale to bardzo poważna górska choroba. “Jasne” pomyślałam do siebie, bez przesadnego poważania dla udzielanych mi przestróg, “Ludzie wchodzą na ośmiotysięczniki, a ja się pochoruję na 3200 metrach. Śmieszne!”

Karma w dzisiejszych czasach działa ekspresem… Oto spaceruję po ulicach Shangri-la, przy akompaniamencie własnego walącego wściekle serca. Serce waliło wściekle i poprzedniej nocy, ale złożyłam to na karb emocji spania na materacu elektrycznym (międzynarodowo znanej z jakości swoich wyrobów chińskiej produkcji) podłączonym do nieznanej ilości wolt. Teraz jednakże, w bezpiecznej odległości od tego wynalazku oraz po porannej celebracji “żyję!”, bez niczego i nikogo wokoło, kto by przyspieszenie bicia serca tłumaczył, obserwuję przedstawienie wewnątrz mojej klatki piersiowej, którego nigdy dotąd nie miałam okazji poczuć. Co prawda wypite o poranku dwie filiżanki wietnamskiej kawy, przy której włoskie espresso ma moc mleka dla niemowląt, może nie być tu bez znaczenia. Ale nie tylko o serce chodzi…

O chodzenie chodzi też. Czuję każdy krok, co może i byłoby wielkim sukcesem podczas chodzonych medytacji, ale jest nieco niepokojące przy zwyczajnym spacerze. Najmniejsze wzniesienie to wyzwanie. Myślę (też wysiłek), że może powinnam coś zjeść, podnieść poziom cukru. Ta myśl przypomina mi, że poprzedniego wieczoru było mi niedobrze, co zlekceważyłam pochłonięta rozgryzaniem zagadki mojego uderzającego podobieństwa do Mao Zedonga. Piekarnia jest może 200 metrów dalej, ale tempo w jakiej się do niej zbliżam, daje mi więcej czasu na myślenie niż bym sobie tego życzyła. W obliczu moich radosnych planów skoczenia do Nepalu i samotnego trekingu wokół Annapurny, nie chcę nawet brać pod uwagę niczego, co chociaż stoi obok choroby wysokościowej. Oto jestem wreszcie u stóp wymarzonych Himalajów, nie ma takiej opcji, żeby położyła mnie choroba wysokościowa! Mozolnie analizuję przebieg wydarzeń. Dojechałam do Shangri-la wieczorem i spędziłam kilka dobrych godzin błąkając się po mieście prowadzona przez rozmaitych mieszkańców tegoż. Rzeczywiście pamiętam myśl “ależ oni wszyscy szybko chodzą”, myśl z reguły mi obca, jako iż jestem jednym z tych niefortunnych typów, który psuje każdą randkę gnając kilka metrów przed partnerem. Z drugiej jednak strony, szłam z dwoma plecakami… W międzyczasie dotarłam do piekarni, sapiąc jak lokomotywa, z zawężonym polem widzenia. Dosłownie i metaforycznie, jako, że moja determinacja w negowaniu niepożądanych opcji widzi na ten moment tylko jedno rozwiązanie – niski poziom cukru, ciastko czy dwa to załatwi.

Ciastko nie załatwiło. Nie pomógł też ośli upór, który za wszelką cenę postanowił udowodnić, że to nic takiego, a konkretnie, że to nic takiego co uziemi mnie w dalszej wędrówce. Histeryzujesz, myślę do siebie, zaraz przejdzie. Rzucam okiem dookoła, szybko się uczę, że z tym rzucaniem to może chwilowo spokojniej, drugim ogarnięciem terenu wynajduję wąską alejkę z tradycyjnym domem u szczytu. Tam dojdę! Realna sytuacja tego ataku na szczyt daleka była od wyzwania na miarę Everestu, ale taką miarę to w tamtym momencie dla mnie miało. Serce reaguje na każdy krok i z każdą kolejną próbą wyskoczenia mi z klatki piersiowej, moja determinacja rośnie. Nie mam choroby wysokościowej! Jaka wysokość w ogóle! Nie wiem ile czasu zajęło mi dotarcie do końca uliczki (o jakichś 300 metrach mowa). Przez krótki moment walenie serca zagłuszył wściekle ujadający pies. Rzucenie się do ucieczki nie wchodziło w ogóle w grę, zrobiłam trzy kroki i to by było na tyle. Bez oddechu, z sercem dudniącym w uszach, osunęłam się do pozycji siedzącej. Pies przestał ujadać, wydał z siebie lękliwe jęknięcie i zamilkł. Po raz pierwszy w życiu pomyślałam “Szczekaj, na miłość boską! Nie widzisz jak mogę kraść, rabować, plądrować domostwa??” Pies nie widział jak. Będąc mnie upartą, nie widziałabym jak i ja.

Powyższe zapiski to tłumaczenie notatki, którą sporządziłam tego dnia. Oryginalnej notatce należy się chwila uwagi, bo stawia ona niepodważalną diagnozę stanu mojego umysłu. Kilka zdań pisałam przez cztery godziny, po angielsku, a przynajmniej z takim zamysłem, bo do sformułowań w niej zawartych trzeba by jakiegoś większego talentu do łamania szyfrów niż mam ja. Bezsensowne zdania, nie istniejące słowa, wielokrotne powtórzenia tej samej myśli w innej wariacji nieistniejących słów. Szczęście, że jedynie to miałam akurat do roboty, bo ewidentnie doświadczyłam jakiegoś zwolnienia umysłu, podstępnie nie dającego mi na bieżąco znać, że mu czegoś brakuje. Niebezpieczna sytuacja w podróży.

Po przeczytaniu notatki uznałam, że może, ale tylko może, cierpię jednak na delikatną chorobę wysokościową. W związku z tym nie ruszam dalej, czyli wyżej, zostaję na miejscu, odpoczywam i zobaczę co się dalej wydarzy. I ciekawe rzeczy się dalej wydarzały. Pamiętacie Pajączka? Takie szelki na plecy i ramiona dla dzieci, które kiedy dziecko się garbi wydają z siebie przeraźliwy pisk? No więc to jest mniej więcej to, co moje serce teraz robi dla mnie. Ilekroć podejdę gdzieś za szybko, w mojej klatce piersiowej podnosi się wściekły alarm. Zwalniam i wszystko się uspokaja. W pewnym sensie przechodzę chorą (nomen omen) fascynację tym, jak mój niedomagający organizm ogranicza drastycznie to co i jak mogę robić. Nagle pokój na poddaszu zaczyna być poważnym problemem. Jeśli zdecyduję się na wyprawę do sklepu albo restauracji, to muszę wkalkulować godzinę wdrapywania się po schodach, z kilkoma długimi przystankami. To jest sporo czasu na wielokrotne przemyślanie jak ogromne mam szczęście, że jestem (normalnie) zdrowa i sprawna. Jak nie do przecenienia jest ta sprawność, której zwykle nie poświęcam cienia uwagi. Czynności, których nie wpisałabym w dziennik aktywności danego dnia, nagle stają się wyzwaniem. Prysznic jest tak wycieńczający, że musisz zrezygnować z mycia głowy. Nie dasz rady. W topografii miasta nagle najważniejszym czynnikiem jest pochylenie dróg i jeśli nie znajdziesz restauracji, do której wiedzie płaska droga, w ogóle rezygnujesz z jedzenia na mieście. Zdejmowanie butów wieczorem wymaga kilkuminutowej przerwy na złapanie oddechu między jednym a drugim. Padasz na łóżko zadyszana zmianą ubrania.
Z przykrością muszę przyznać, że jednak dopadła mnie choroba wysokościowa (3200! Co za blamaż!) Kolejne dwie noce przemęczyłam się nie mogąc spać, z czego szczególnie jedna dała mi się we znaki. Leżąc bez ruchu, miałam bicie serca jakbym biegła maraton sprintem. Noc na tyle długa, żeby dojrzeć do myśli, że może warto zwrócić się o jakąś pomoc.

Okazuje się, że choroba wysokościowa może dopaść każdego, niezależnie od wieku i kondycji fizycznej, a do tego grasuje i na wysokościach mniejszych niż 3000 metrów. Frustracja i zaprzeczanie mają małą skuteczność leczniczą. O wiele lepiej jest zjechać niżej i powoli się aklimatyzować do kolejnych wysokości. Jeśli symptomy są delikatne, można zostać na tej samej wysokości i dużo odpoczywając obserwować organizm. Powinien po kilku dniach się dostosować. Dzieląc się tym doświadczeniem pomyślałam, że może są tam po drugiej stronie osoby równie beznadziejne w kwestii atencji dla własnego zdrowia i podrzucę tymże to, czego się nauczyłam przy tej okazji. Miałam szczęście poznać w Birmie cudowną lekarkę, która mając okazję poznać mnie, nie dość, że na pożegnanie kupiła mi wodę utlenioną (!), to tym razem skypowo udzieliła mi rad na miarę moich możliwości. Oto one, diagnoza i doraźna pomoc.
Sprawdzanie pulsu.
O niebo lepsza metoda niż forsowanie wzgórza. Złap lewy nadgarstek prawą dłonią, tak, żeby palce leżały na żyłach. Alternatywnie (co ja osobiście uważam za skuteczniejsze) przyłóż dwa palce z boku szyi pod końcem szczęki. Policz uderzenia przez 15 sekund i pomnóż przez cztery (albo licz cała minutę). Wynik między 70 a 100 jest w normie. Jeśli masz puls szybszy niż 100 na minutę, to znaczy, że możesz zacząć się martwić. O ile jeszcze się nie martwisz, że nie masz zegarka.
Woda.
Tutaj byłam zaskoczona. Nie tyle piciem wody, bo woda to lekarstwo prawie na wszystko, ale tym, że ma to być woda zimna i wypita szybko. Nie wdając się w fizjologię, szybko wypita zimna woda spowalnia rozszalały rytm serca. I szybko i zimna ma tutaj znaczenie.
Lokalne sposoby.
Zupa czosnkowa. Czosnek ogólnie. Zupę czosnkową dostałam bez zamówienia jak tylko stanęłam w drzwiach małej rodzinnej restauracyjki. Tak kwitnąco musiałam wyglądać…. Poza zupą odkryłam inny lokalny sposób użycia czosnku, mianowicie kroi się dwa plasterki tegoż i kładzie na skronie. Piecze niemiłosiernie. Zdecydowanie przyjemniej się kurować zupą.
http://www.katarzynatolwinska.com/