Katastrofą rozpoczęła się przygoda Legii Warszawa z Ligą Mistrzów.
Jeżeli ktokolwiek miał nadzieję, że słaba postawa Wojskowych w polskiej lidze to zasłona dymna, mógł spokojnie już po kwadransie gry przebudzić się z tego snu. Po bramkach, strzelanych z dziecinną łatwością Goetze, Papastathopoulosa i Bartra goście prowadzili na Łazienkowskiej 3:0. Ale co się dziwić, jak kilkanaście dni temu w takim samym stosunku z Legią prowadził beniaminek polskiej ekstraklasy – Arka Gdynia.
Borussia do końca pierwszej połowy wykazała się wyrozumiałością, ale dla przykładu w drugiej połowie strzeliła drugą „trójkę” goli: Guerreiro, Castro i Aubameyang byli strzelcami, a w Internecie żartowano, iż sukcesem jest, że Legii gola nie strzelił bramkarz z Dortmundu.
Niespokojnie było także na trybunach, w pobliżu sektora gości doszło do starcia kibiców obu drużyn. Legia więc oprócz klęski na boisku musi się liczyć z karami finansowymi.
Duże ciekawiej było w drugim meczu Grupy F.
Postrzegany jako będący w zasięgu Legii Sporting Lizbona do 89 minuty prowadził na słynnym Estadio Santiago Bernabéu. Dopiero w samej końcówce Real Madryt odwrócił losy meczu wygrywając 2:1. Wyprawa Legii na kolejny mecz z wicemistrzem Portugalii, w kontekście środowych wydarzeń nie może napawać jej kibiców optymizmem.