O żółwiach okupacyjnych opowiada Piotr Banasiak z Towarzystwa Miłośników Historii w Warszawie.
141. felieton pod wspólną nazwą: Stolica historii. Przedstawiają członkowie Towarzystwa Miłośników Historii w Warszawie, które są już od trzech lat emitowane w każdą sobotę, w nieco skróconej wersji, w Radiu Kolor.
Podcast Radia Kolor jest pod tekstem.
Z cyklu:
Stolica historii. Przedstawiają członkowie
Towarzystwa Miłośników Historii w Warszawie.
Odcinek CXLI:
Żółw a sprawa polska.
Opowiada Piotr Banasiak
Stefan Żeromski w „Przedwiośniu” pochylał się nad kwestią „Słoń a Polska”. Stanisław Barańczak w antologii zręcznych poetyckich parodii pt. „Bóg, trąba i Ojczyzna” dowodził, że „słoń to największy przyjaciel Polski.”
A ja chciałbym dzisiaj Państwa zainteresować – żółwiem.
Zwierzę to co prawda o wiele mniej dostojne i przy tym ospałe (żeby nie powiedzieć leniwe), ale za to jego zasługi dla sprawy narodowej równie istotne co słonia… Bo doszukiwanie się polskich wątków nawet w najbardziej odległych i często egzotycznych zjawiskach to jak mawiają Francuzi nasza spécialité nationale.

Pod koniec 1941 r. na murach i chodnikach polskich miast pojawiały się malunki przedstawiające żółwia. Jego podobizny, opatrzone był podpisem:
Bądźcie powolni jak żółwie pracując dla szkopów – bo w ten sposób przyspieszycie koniec wojny!
Wybór przez harcerzy żółwia na symbol sabotażu gospodarczego nie był przypadkowy. Warszawa bowiem przeżywała w tym okresie prawdziwą inwazję tych zwierząt. Musiało być ich bardzo dużo gdyż ślady obecności tych sympatycznych gadów możemy odnaleźć w wielu wspomnieniach z okresu okupacji.

Rąbek tajemnicy o przyczynach tego stanu rzeczy odkrywa przed nami żołnierka Armii Krajowej – Jolanta Zawadzka, która wspomina:
Niemcy transportowali żywność na front wschodni – wspomina. Naładowane wagony stały na Dworcu Głównym towarowym. I młodzież rozbijała je i kradła z nich różne konserwy. Ale pewnego razu gdy rozbili wagon okazało się, że był on pełen malutkich greckich żółwi. I te żółwie się rozpierzchły, a potem sprzedawano je na zupę w całej Warszawie.
Z kolei Profesor Tomasz Szrota w książce „Okupacyjnej Warszawy Dzień Powszedni” pisze, że osoby zajmujące się odkupywaniem od niemieckich konwojentów części transportu – w „ciemno”, nabyły zawartość kilku wagonów jadących z Bułgarii. Po otworzeniu okazało się, że w środku znajdują się tysiące żółwi przeznaczonych, jak się zdaję, na konserwy dla wojska.
Żółwie były sprzedawane z wózków na Starym Mieście, przy Hali Mirowskiej i Ogrodzie Saskim oraz nieopodal cmentarza ewangelickiego przy ulicy Żytniej gdzie funkcjonował popularny targ ze zwierzętami. Największą radość dostarczały oczywiście najmłodszym – będąc wyczekiwanym prezentem od rodziców. Wspomina o tym Jarosław Marek Rymkiewicz czy Stefan Bratkowski.
Ten ostatni relacjonował, że żółwie przekroczyły również mur Getta.
Ze względu jednak na panujący tam skrajny głód dzieci długo się nimi nie cieszyły. Trafiały one najpewniej do garnka – ratując życie nie jednej żydowskiej rodziny.
Tematem gadów zajęły się również gadzinówki Generalnego Gubernatorstwa.
Na szczególną uwagę zasługuję tu tekst Stefana Krasińskiego ogłoszony w „Kurierze Polskim”. W artykule pt. „Żółwie. Gady pancerzo-kościste” dziennikarz posługiwał się ewidentnie mową ezopową dając dobre rady swoim niemieckim chlebodawcom.
Krasiński pisał:
Zauważyć należy, że wszelkie dręczenie trzymanych w domowej niewoli żółwi… jest rzeczą karygodną i nie ludzką… Żółw, jak każde żyjące stworzenie, potrafi się z czasem przyzwyczaić do narzuconych mu warunków bytu, ale też za tę niewolę trzeba go wynagrodzić dobrym obchodzeniem.
Niestety hitlerowcy nie wzięli do serca słów dziennikarza i wcale nie wynagradzali Polaków dobrym obchodzeniem za niewole – posuwając się często do rzeczy nieludzkich.
W tym mrocznym czasie para żółwi przewędrowała również do mojego wuja Zdzisława – jako prezent na gwiazdę w 1941 r. W czasie zabawy nastoletni chłopiec fantazjując – widział w nich czołgi, który przy wsparciu ołowianych żołnierzyków atakują Niemców i wypędzają ich z Warszawy.
Kilka lat później czołg z wyobraźni dziecięcej zmaterializował się w czasie walk powstańczych na terenie Starego Miasta. Siedzący na nim wuj Zdzisław z białoczerwoną flagą w ręku zginął w trakcie jego eksplozji 13 sierpnia 1944 r. Wraz z nim życie przy ul. Kilińskiego straciło ponad 300 osób.
A ów transporter min który przeszedł do historii jako „czołg pułapka” przypominał po wybuchu rozbitą skorupę żółwia…
Zdzisław Stańczyk,
urodził się 28.02.1927 r. w Warszawie, zmarł 13.08.1944 r. w Warszawie.
Zginął przy ul. Jana Kilińskiego na Starym Mieście.
Według relacji Stefana Kowalskiego na chwilę przed wybuchem siedział z flagą na „czołgu pułapce” (Transporter Borgward B IV – ciężki nosiciel ładunków).
Był żołnierzem Armii Krajowej, stopień: strzelec, walczył w batalionie: „Gustaw” w kompani: Gertruda.
Od redakcji
Nie sposób nie wspomnieć, przy okazji, że opisywana przez Piotra Banasiaka historia żółwiowa odnotowana została w annałach warszawskiej literatury.
Stefan Wiech Wiechecki, znakomity „Homer warszawskiej ulicy i warszawskiego języka” (jak nazwał go Julian Tuwim), poświęcił żółwiowej sprawie cały rozdział w swej powieści „Cafe pod Minogą”.
Poniżej cytaty dotyczące greckich żółwi „niemieckich”.
ROZDZIAŁ VIII
w którym cała Warszawa tonie w zupie żółwiowej,
i który kończy się przykrym zajściem z powodu niewinnej damskiej torebki
Ferajna zawiązała…
coś w rodzaju towarzystwa akcyjnego, mającego na celu eksploatację zawartości wagonów niemieckich kolei państwowych. Panowie Aniołek i Konfiteor zadeklarowali włożyć 37 odpowiedni kapitał. Wacuś Małpa, Kitajec oraz Piskorszczaki przyrzekli najcenniejszy wkład – pracę i ryzyko osobiste. Ponieważ zajęcia w przedsiębiorstwie z natury rzeczy musiały się odbywać w ciemności, nic nie stało na przeszkodzie zatrudnieniu również Murzyna Jumbo. Firma rozpoczęła działalność dnia następnego i widocznie rozwijała się świetnie, wprowadzając na rynek coraz to nowe towary, gdyż po upływie dwóch lat egzystowania zarzuciła Warszawę artykułem tak niezwykłym, jak żywe żółwie.
Pewnego dnia redaktor Andrzej Zagórski będący na spacerze spotkał ulicznego sprzedawcę.
Sprzedawca zasłonięty przez gapiów wołał:
No i komu taka bomba, panowie, no i komu? Na zupę, na sztukamięs, na jajecznice i na grzebienie. U Hersego nie ma tego, co u mnie się znajduje, panowie. Żółw za życia rozrywki umysłowej nam dostarcza, a po zabiciu w charakterze żółwiowej zupy swoje zastosowanie posiada, mięso z chrzanem pierwszorzędnie smakuje, a ze skorupy gęste grzebienie dają się wyrabiać. Brać i wybierać, panowie, każda jedna sztuka darmo, bo tylko dwadzieścia pięć złotych!
Głos przekupnia wydał się Andrzejowi znajomy. Przystanął i ujrzał Maniusia Kitajca z największym żółwiem w ręku, wygłaszającego powyższe przemówienie reklamowe.
W trakcie przywitania redaktor zagaił:
– Ale pan, zdaje się, dobre interesy robi? – podchwycił Andrzej.
– Co to za interesy, męczę się z temi żółwiami jak wielkie nieszczęście.
– I skąd pan doszedł do takiego artykułu?
– Spółkie z niejakiem Adolfem założyliśmy. Nie mogie powiedzieć, stara się nawet chłopak. Szampana z Paryża nam przysyła, papierosy z Grecji, cytryny i pomarańcze od koleżki Musolińszczaka, gdzie co może na świecie przykaraulić, przykaraula i do nas zasuwa, a my już dalej opylamy. Ale ostatnią razą nas naciął. Otwiera Szmaja wagon, maca i mówi: kamienie, ale zaraz w krzyk, że kamienie się ruszają. Wytrzyszczam oczy, patrzę – żółwie cholery… Chcieliśmy wagon zamknąć, ale żółwie widać Wisłę poczuli, bo chodu z wagonu i zaczęli nam się po torach rozłazić.
Na to Wacuś Małpa mówi:
„Trudno, bierzem żółwie, na zupę ich się sprzeda”.
Mieliśmy worki z sobą, to się naładowało żółwi i dawaj ich po restauracjach nosić. Ale nic się prawie nie rozeszło i w taki sposób z wózków sprzedajemy. Warszawa wszystko kupi, tylko trzeba troszkie lekramy. I jakoś odchodzą. Dzisiej prawie każdy warszawiak już od nas żółwia posiada. Dla hecy ludzie kupują, bo przecież nie do spożycia. Ja osobiście mgłości dostaje, jak o zupie z tych drani pomyśle.
Fragmenty książki „Café Pod Minogą” Stefana „Wiecha” Wiecheckiego z roku 1959.

Piotr Banasiak
Studiował na Uniwersytecie Warszawskim i Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu.
Kustosz w Muzeum Sportu i Turystyki.
Przewodniczący Stowarzyszenia Miłośników Twórczości Brunona Jasieńskiego.
Zapalony turysta, cyklista i biegacz długodystansowy.
Od dwóch lat członek Sekcji Historii Sportu i Turystyki Towarzystwa Miłośników Historii.
Podcast Radia Kolor
4:47 min.
Zobacz też inne odcinki cyklu:
- Lista odcinków: [LINK]




