Na ten dzień czekał każdy fan żużla oraz Ci, co nigdy tego nie widzieli i chcieli poczuć wielki żużlowe emocje.
18 kwietnia odbył się LOTTO Warsaw FIM Speedway Grand Prix of Poland.
Bilety na to wydarzenie rozeszły się jak świeże bułeczki. Każdy jakkolwiek próbował dostać bilety. Zapowiadało się naprawdę świetne wydarzenie na Stadionie Narodowym, lecz było całkiem inaczej.
Przygotowania rozpoczęły się już dwa miesiące wcześniej. Specjalne kruszywo, po którym jeżdżą zawodnicy przypłynęło aż ze wschodniej Anglii z King’s Lynn do portu w Gdańsku, a dalej ciężarówkami do stolicy, do magazynów na Żeraniu.
Tor był budowany przez duńską firmę Speed Sport, należącą do Ole Olsena, która specjalizuje się w szybkiej budowie takich torów w różnych miejscach. Tym razem im to nie wyszło.
Problemy zaczęły się już w piątkowy trening.
15. zawodników miało przetestować nawierzchnię, jednak tylko dwóch odważyło się na nią wjechać. Jak sami mówili, we 4 osoby nie dało się jechać po torze, a o rywalizacji nie było mowy. Trening skończył się o wiele szybciej niż planowali organizatorzy i przenieśli go na sobotę rano. Na torze pojawił się tylko Nicki Pedersen i Thomas H. Jonasson. Tor był za miękki oraz pełen bruzd, które stwarzały zagrożenie dla zawodników. Przez całą noc ‘fachowcy’ poprawiali i utwardzali nawierzchnie na sobotni finał.
Sobotni trening już odbył się normalnie i każdy myślał, że będzie to po prostu idealne wydarzenie: żużlowe Grand Prix z wielką pompą na Narodowym.
Jednak było wręcz przeciwnie.
Rozpoczęcie zaczęło się od gwizdów jak spiker wspomniał o prezydencie Bronisławie Komorowskim.
Początek zapowiadał się dobrze. Trochę stresu ze strony zawodników, przez co falstarty, ale to normalne jak ponad 53000 osób patrzy na 4 startujących motocyklistów.
Pierwsze dwa biegi odbyły się bez problemów, lecz już na 3. biegu rozpoczęła się walka z taśmą startową, którą prawdopodobnie obsługa sama sobie popsuła (zerwano linkę podnosząca taśmę). Tak to wychodzi jak jeden ciągnie, drugi trzyma, a później tylko rozkładanie rąk, a na usta cisnęły się słowa „coś ty, $%#*&, zrobił?!”.
Zawodnicy byli zmuszeni do startowania na tzw. zielone światło. Pracownicy obsługi próbowali przez całe zawody naprawić usterkę, a gdy nawet już im się to udało, kibice tylko machnęli na to ręką i zaczęły się kolejne gwizdy, które zagłuszały muzykę umilającą pobyt na stadionie. Poza usterką taśmy startowej, nadal były problemy z nawierzchnią, przez co kilku zawodników spadło z motocykli, obiło się o bandy lub też wpadli pod nie.
Po 3. biegu (planowano 6 biegów po 4 okrążenia) i długiej naradzie zawodników oraz sędziów, zawody się zakończyły. Podczas długiej przerwy kibice denerwowali się na trybunach i nie dowierzali w to, co się dzieje. Zaczęły się kolejne gwizdy oraz krzyki „złodzieje” w kierunku organizatorów. Widzowie zaczęli wychodzić ze Stadionu.
Na stadionie została garstka kibiców, która pożegnała Tomasza Golloba jadącego w nowiutkim Mercedesie. Zaś 3 zawodników, którzy stanęli na podium pożegnała cisza i gdzieś w oddali pojedyncze gwizdy.
Na podium stanęli
- Matej Zagar (miejsce 1),
- Chris Harris (miejsce 2)
- Jarosław Hampel (miejsce 3).
Bardzo jest mi szkoda, że Tomasz Gollob został pożegnany w tak nielicznym gronie. Niestety nie możemy winić zawodników, lecz organizatorów za źle przygotowany tor na zawody oraz gwiazdę wieczoru czyli „taśmę startową„.
Żużel, jak każdy sport motorowy, nie jest bezpieczny. Każdy z zawodników ryzykuje swoje życie na torze, więc nie dziwię się decyzji o zakończeniu rywalizacji w połowie zawodów.
Podsumowując: wielkie wydarzenie na Stadionie Narodowym zakończone wielką klapą.
Po prostu żenada…
Oświadczenie organizatorów: LINK