0

Rozdział 11 – Chicos de Varsovia

Powstańcy z Mokotowa - z polską flagą idzie Stanisław Chowańczak
Powstańcy z Mokotowa – z polską flagą idzie Stanisław Chowańczak
fot. Arch. Chowańczaków

Publikujemy rozdział 11. pt. ”Powstańcy z Mokotowa” z książki Any Wajszczuk ”Chicos de Varsovia”.

Chicos de Varsovia - okładka książki Any Wajszczuk

 

O autorce: [LINK]

Tłumaczenie: Andrzej Chowańczak

Powstańcy z Mokotowa

W czerwcu 2004 roku telewizja CNN wyświetliła specjalny program poświęcony Powstaniu Warszawskiemu, a było to w ten sam weekend, kiedy obchodzono rocznicę Dnia D, dnia lądowania sił alianckich w Normandii. Film wyświetlony przy tej okazji nosił nazwę „Powstanie Warszawskie – zapomniani żołnierze Drugiej Wojny Światwej”. Większość wyświetlonego programu stanowił materiał dokumentalny, były więc zdjęcia Departamentu Propagandy AK wykonane podczas akcji. Przedstawiały one wstrząsające sceny z walki, jak również sceny weselne, msze, posiłki na ulicy, ludność cywilną uciekającą przed bombardowaniem, gruzy, żołnierzy w wieku młodzieńczym palących papierosy lub wychodzących z kanałów. Były też sceny ostatniej defilady wojskowej powstańców, którzy opuszczali Warszawę tuż po kapitulacji dnia 15 października.

Maszerowali w kolumnie z podniesioną głową, pogrążeni w smutku, z biało-czerwonymi opaskami i z godłem białego orła, które założyli po raz ostatni.

W 39 minucie kamera ukazuje w głębi wysokiego chłopca o zapadniętych policzkach z kocem na ramieniu, a na nim maleńki maszt ze sztandarem Polski. W tym momencie plan filmowy ukazując to ujęcie zatrzymuje się jakby zamarł w bezruchu.

Kiedy Andrzej Chowańczak oglądał przypadkowo ten film, doznał dziwnego uczucia, wprost zamarł z wrażenia. Człowiek z kadry filmowej był jego ojcem.

Nie mogłem uwierzyć. Doznałem dziwnego uczucia, czegoś tak silnego, wstrząsającego

– powiedział mi kiedy po raz pierwszy miałam z nim spotkanie w ruchliwej kawiarence jednego z supermarketów w miejscowości Martinez, gdzie mieszka razem ze swoją żoną i maleńką córeczką. Andrzej ma 51 lat, jest wysoki i barczysty. Z wykształcenia inżynier i tłumacz przysięgły języka polskiego, a jego pasją jest historia Polski w okresie II Wojny Światowej. To wojna spowodowała, że jego dziadkowie ze strony ojca jak i matki wyemigrowali do Argentyny. I w konsekwencji los wyznaczył mu właśnie to miejsce jego urodzenia. Prawdopodobnie nie ma a Argentynie innej osoby, która by wiedziała więcej o Powstaniu Warszawskim niż on. Szczególnie w aspekcie wojskowości. Może wypowiedzieć się na temat broni używanej w walce o miasto lub na temat błędnej taktyki. W celu zapoznania się ze strategią wojskową miał szereg konsultacji z pewnym pułkownikiem argentyńskim.

Jedną z przyczyn Powstania Warszawskiego był zamiar uniknięcia walki Niemców z Rosjanami na terenie miasta Warszawy. Z punktu widzenia taktycznego, w momencie rozpoczęcia Powstania, Niemcy powinni byli dokonać przemieszczenia się jak najbardziej w kierunku zachodnim, ponieważ ta siła militarna mogłaby posłużyć im do obrony Berlina. Wysyłanie dodatkowych oddziałów wojska niemieckiego do Warszawy, nie miało sensu.

Historie, które Andrzej usłyszał z ust dziadków będąc dzieckiem jak i w czasie opowiadań ich przyjaciół byłych żołnierzy Powstania, Andrzej badał, studiował dociekliwie w Argentynie i w kraju swoich rodziców i dziadków. Wśród żołnierzy i oficerów, z którymi Andrzej przeprowadził rozmowy było wielu uczestniczyło w Powstaniu, tak jak jego ojciec Stanisław Chowańczak.

Stanisław Chowańczak

Zapisany jako Estanislao Chowanczak, ojciec Andreja, zmarł w roku 1997 i niewiele opowiedział jemu i jego siostrze o uczestnictwie w Akcji B-2 batalionu Bałtyk oddziału Baszta przydzielonego do okręgu Mokotów. „Baszta” to skrót nazwy: Batalion Ochrony Sztabu. W końcu sierpnia 1944 roku, około 2 500 żołnierzy tego ugrupowania broniło jednego z ostatnich bastionów oporu, kiedy wokoło wszystko leżało w gruzach. Jego misją było atakowanie jedenastu stanowisk Wermachtu, które były zbyt silnymi jak na znikomą ilość broni, którą dysponowali powstańcy.

Stanisław miał 19 lat w momencie wybuchu Powstania, ale brał udział w ruchu oporu od 15-tego roku życia. Jego pierwszy pseudonim brzmiał „Szczeniak”, co jak mówi Andrzej można przetłumaczyć „smarkacz” lub „chłopak”. Otrzymał przygotowanie wojskowe w podziemnej szkole oficerów AK, przenosił zaopatrzenie do Getta, szpiegował oficerów Gestapo i w pewnym momencie był bliski aresztowania na ulicy przewożąc broń. Jego młodsza siostra Anna, 18 lat, też należała do AK. Była sanitariuszką i łączniczką batalionu Wigry, który działał na terenie Starego Miasta, na wprost batalionu mojego dziadka i w kwaterze generała „Bór”. Generał w swoich wspomnieniach, zwraca mi uwagę Andrzej, wymienia Annę jako łączniczkę, która przyniosła mu pismo od jego żony.

Lecz postacią najbardziej podobną do bohaterów z filmów Hollywoodu w sadze rodzinnej Chowańczakow, jest Jan, dziadek Andrzeja, prawdziwa warszawska osobowość. Najpierw kierował imperium futrzanym, które było największym zakładem kuśnierskim na terenie Polski i jednym z najbardziej znanych w Europie. Zakład A. Chowańczak i Synowie znajdujący się w wynajętym budynku położonym w centrum Warszawy został założony przez Jana, pradziadka Andrésa (self made man – tzn. człowiek zawdzięczający wszystko samemu sobie), który nosił miano Arpad. Przybył on z Tatr pod koniec XIX wieku i szybko stał się „królem kuśnierstwa” w Warszawie, jak go określają notatki dziennikarskie piszące o jego spadku.

Przedsiębiorstwo futrzane nie przestało rozwijać się w latach międzywojennych przede wszystkim dzięki Janowi. Ten syn podkarpackiego górala przekształcił je w konglomerat wielu przedsiębiorstw, łącznie z bankiem, który był wspólnikiem banku Overseas Bank of London. Eksportował on futra praktycznie na cały świat. Płaszcze firmy A. Chowańczak i Synowie były poszukiwane przez ówczesnych dyplomatów, nosiły je gwiazdy filmowe, jak na przykład Pola Negri. Herman Göring, który w tym czasie nie był jeszcze nasistą, ale raczej asem pilotem – mówi Andrzej, był jednym z najlepszych klientów firmy. Jan doszedł do tego, że zatrudniał 500 pracowników w swoich zakładach i w swojej fabryce na Mokotowie. Rodzina miała swoją posiadłość w tej samej dzielnicy, znanej do dzisiaj jako Willa Chowańczaków. Był też sklep przy ulicy Krakowskie Przedmieście, w samym centrum miasta oraz kompleks mieszkań dla pracowników na Pradze, po drugiej stronie rzeki Wisły. Tam na terenie 10 ha zakupionym przez fundatora w latach 20-tych dziś znajduje się Stadion Narodowy zbudowany przez rząd polski w roku 2012. Oświetlony białymi i czerwonymi światłami, które migocąc stwarzają wrażenie latającego talerza lądującego na prawym brzegu Wisły.

Pod koniec lat 30-tych Jan miał wspaniałą rodzinę, był żonaty z kobietą pochodzącą z rodziny rosyjskich carów. Należy nadmienić, iż małżeństwo Rosjanki z góralem wywołało niesamowitą sensację i wzburzenie w warszawskiej społeczności. Ich czterej synowie zamieszkiwali na ul. Krakowskie Przedmieście, w skrzydle pałacu, gdzie dziś mieści się Ministerstwo Kultury. Pałac ten został zakupiony od pewnego hrabiego. Chłopaki zaś żyli jak książęta, pobierali specjalną naukę dla dzieci elity, guwernantki udzielały im lekcji obcych języków.

I wtedy przyszła wojna.

W tragicznym roku 1939 angielscy wspólnicy zalecali Janowi, aby wywiózł swoją fortunę do Londynu, celem jej zabezpieczenia. Jan jednak nie skorzystał z tej dorady, wręcz przeciwnie, nie wywiózł z Polski ani jednego złotego i przeznaczył wszystkie pieniądze, aby finansować potrzeby AK i Delegaturę – Polskiego Państwa Podziemnego.

Był to człowiek, który miał liczne kontakty ze znanymi ludźmi, był przyjacielem prezydenta Polski i szefa rządu warszawskiego

– mówi Andrzej. Nie znał on osobiście swojego dziadka, ale zdołał poznać go poprzez rozmowy z wieloma osobami w Polsce i w Argentynie, które pamiętały Jana i wspominały go z wdzięcznością i z wielkim podziwem. Jako właściciel firmy Jan miał prawo wydawać dokumenty pracy ludziom poszukiwanym przez Niemców, dzięki czemu ci ludzie unikali deportacji do Reichu. Oczywiście Jan wydawał takie dokumenty nie tylko swoim pracownikom.

Przekupywał żandarmów niemieckich i w ten sposób uwalniał zatrzymanych Polaków. Kupował też broń od Niemców, którą przechowywał w piwnicy pałacowej, organizował zebrania dowództwa podziemnego, zakładał tajne szkoły.

Ukrywał ludzi prześladowanych przez Gestapo. Wiadomo też, że ukrywał m.in. pewną rodzinę żydowską nazwiskiem Biegunow. W związku z tym robimy odpowiednie starania, by Yad Vashem przyznał mu honor Sprawiedliwego Wśród Narodów. Trudność jednak polega na tym, że potrzebne są oświadczenia tych osób przechowywanych. Sądzę, że jego działalność polityczna byłaby praktycznie niemożliwa, gdyby nie był pod okiem pewnego Niemca, którego Jan postawił na stanowisku pośrednika firmy.

Andrzej jest przekonany, że jego dziadek, w młodości walcząc pod dowództwem Marszałka Piłsudskiego o niepodległość Polski i znając dokładnie warunki carskiego więzienia, miał jasną wizję tego, co miało nastąpić. Wizja ta była tak jasna, że tuż przed wybuchem wojny odrzucił propozycję wejścia w skład gabinetu finansów przyszłego rządu polskiego. Fakt postawienia niemieckiego przyjaciela na odpowiedzialnym stanowisku w firmie, pomimo protestów współpracowników i swojej własnej rodziny, zapewnił mu to, że mógł wspierać AK bez obawy niemieckiej kontroli, jak i uniknąć konfiskaty firmy.

On mógłby uratować swoją fortunę, mógłby uniknąć późniejszego wywiezienia go do obozu koncentracyjnego, ale wolał pozostać w Warszawie.
Uważam, że był to heroiczny czyn

– mówi Andrés o swoim dziadku, którego nie poznał osobiście, ale posiada potwierdzone przez notariusza tłumaczenia  zeznań wielu osób, które pracowały z nim lub miały jakikolwiek związek z rodziną.

Kiedyś słyszałem powiedzenie pewnego żołnierza polskiego, że czasem ktoś mógł stać się bohaterem, bo nie miał innego wyjścia: tzn. wyjść dobrze lub źle z danej sytuacji. Natomiast ja sądzę, że mój dziadek powziął decyzję na długo wcześniej i całkiem świadomy tego, co może być jeszcze większym heroizmem.

W sierpniu 1944 roku, dziesięć dni po wybuchu Powstania, Jan został aresztowany w swoim domu przy ul. Krakowskie Przedmieście i przewieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Jego pałac w Warszawie spłonął po ataku wojsk niemieckich w czasie Powstania. Willa Chowańczaków, gdzie przed Powstaniem, Jan przechowywał niektórych swoich pracowników i gdzie organizował tajne zebrania członków ruchu oporu, została odzyskana przez oddział AK celem obrony tej części Mokotowa. Barykada zrobiona z płyt chodnikowych, ram okiennych zapełnionych workami piasku chroniła willę przed niemieckimi kulami karabinów maszynowych, granatami. Tego rodzaju wał ochronny uniemożliwiał Niemcom otoczenie jej, tak jak został otoczony cały obwód. Willi broniło pięciu powstańców. W podziemiach przybywała ludność cywilna. Dwóch powstańców, którzy w końcu września pozostali przy życiu, weszło do kanałów, aby przedrzeć się do centrum miasta. Willa upadła wraz z całym obwodem. Pozostała do dziś, niedawno restaurowana, przy ulicy Morskie Oko.

Tymczasem, w obozie koncentracyjnym, Jan odmawiając wykonania rozkazu pracy, został poszczuty psami. Przeżył karę z rozszarpaną nogą. Po zakończeniu wojny Jan wrócił do miasta, jak przystało na upartego górala. Żona zaś i dwaj synowie, którzy nie wzięli udziału w Powstaniu, przebywali poza miastem. W Willi Chowńczaków znalazło schronienie około 20 rodzin. W ten sposób ponownie była zamieszkana. Jan został prezesem związku zawodowego kuśnierzy i przyczynił się aktywnie do odbudowy Warszawy, pomimo, że nie zgadzał się z rządem komunistycznym, który skonfiskował wszystkie jego dobra mocą dekretu Bieruta podpisanego przez prezydenta PRL Bolesława Bieruta w październiku 1945 roku. W taki sposób rząd polski przywłaszczył sobie większość parceli miasta motywując decyzję koniecznością zdobycia środków do odbudowy stolicy. Była to dosłownie większość posiadłości Warszawy, licząca około 40 tysięcy prywatnych majątków. Tylko niewielu właścicieli otrzymało odszkodowanie. Rodzina Chowańczaków nie znalazła się na liście odszkodowań.

W roku 1949 Jan zmarł w konsekwencji amputacji niewłaściwie leczonej nogi. Jego żona carskiego pochodzenia, kobieta milionera, żyła jeszcze 20 lat, zarabiając na życie jako nauczycielka języka rosyjskiego w jednej z warszawskich szkół.

Syn Stanisław od czasu wybuchu Powstania nigdy więcej ich nie zobaczył. Nic nie wiedział o podziemnej działalności swojego ojca, tak jak ojciec nie wiedział nic o nim. W tym czasie kiedy posiadłości rodziny znajdowały się w centrum bombardowań i pożarów i kiedy Alianci zdobywali Brukselę i Antwerpię, on w tym samym czasie zmienił swój pseudonim na „Jan” – jak imię ojca i szedł na niemieckie czołgi z butelką benzyny.

Mokotów był obwodem nielicznych zabudowań. Ogrody i parki otaczały wille ludzi bogatych, jak Willa Chowańczaków, tu i ówdzie stały domy ludzi średniej klasy oraz pracowników pobliskich fabryk – jak pracowników z firmy Chowańczaka. Pomimo tego, że przeżyli Powstanie z dala od ciężkich bombardowań i ze znikomymi zapasami żywności, będąc na południu miasta, entuzjazm tzw. „Republiki Mokotów” zmalał szybko w sierpniu, kiedy Niemcy forsowali swój przemarsz w kierunku Wisły.

Mój ojciec został ranny podczas ataku na koszary “Basy”, ale pomimo to walczył nadal aż do kapitulacji Mokotowa dnia 27 września 1944 roku. Straty w tym czasie były niesamowite, ojciec został dowódczą plutonu

– mówi Andrzej. Koszary, dawna szkoła, służyły esesmanom jako ostoja, jeden z wielu garnizonów, na które naciskali na północy obwodu. I ów dzień 27 września stał się jednym z najbardziej tragicznych dni dla powstańców z Mokotowa.

Jednymi z pierwszych uroczystości w Warszawie, w której ja i mój ojciec z ciekawości wzięliśmy udział, były te na Mokotowie.

Ana Wajszczuk - poetka, pisarka, dziennikarka z Argentyny
Ana Wajszczuk – poetka, pisarka, dziennikarka z Argentyny
fot. mat. prasowy

Ja chciałam zobaczyć wszystko, być na każdym miejscu, chodzić po tych samych ulicach. Jak gdybym stała np. na ulicy Puławskiej, gdzie znajdowała się futrzana agencja handlowa Chowańczaków, aleja, która jeszcze do dziś jest centrum Warszawy, dzielnica przecięta liniami torów tramwajowych. Wszystko to było pewnego rodzaju wehikułem czasu, który przenosił mnie do tamtych dni.

Ulicą Dworkową weszliśmy do parku i dalej przeszliśmy małym wzniesieniem idąc ku grupie ludzi zgromadzonych wokół czegoś w rodzaju obelisku z trzema kolumnami pomalowanego na kolor jasnożółty. Tu na płytach brukowych leżały wieńce z kwiatów, które złożyły ręce wdzięcznych ludzi. Nieco dalej mały staw.

Tato, zostań tutaj, ja spróbuję dojść do pomnika, zobaczę co tam jest napisane.

Nie rozumiem napisu na tablicy pomnika, ale odczytuję datę 27 września 1944 roku. Wewnątrz obelisku jest pokrywa kanału. Tak więc to tu. Tego dnia, kiedy była kapitulacja Mokotowa, Niemcy oblegający uciekających powstańców zachowywali się jak wściekłe psy. Pałali chęcią zemsty za swoich poległych pobratymców. Wcześnie rano zauważyli, że pod ziemią poprzez tunele kanału przemieszczali się powstańcy. I wtedy wysadzili centralną kloakę przy wejściu do Królewskiego Ogrodu Łazienki i zablokowali główne przejście.

Stanisław, jeden z 600 żyjących powstańców – straty w ludziach wynosiły ponad 50% – przemierzał kanały ściekowe szukając przejścia do centrum miasta. Był rozkaz kontynuowania walki na Mokotowie, ale on nie zdążył, bo powstańcy rozproszyli się wcześniej. W tych labiryntach z XVII wieku pełnych błotea, ludzkich odchodów i szczurów, pełnych zakrętów i ślepych tuneli, wielu z nich błądziło godzinami, aby w końcu umrzeć w zaduchu atakowani granatami wrzucanymi przez Niemców otworami kanałów. Wielu znalazło się w stanie obłędu wskutek trujących gazów. Po wojnie, dziesiątki ciał zmarłych zostały wydobyte z kanałów Mokotowa.

Inni powstańcy, jak Stanisław, stracili orientację, wydostali się na powierzchnię dopiero około piątej po południu tego dnia w tym samym obwodzie, na ulicy Dworkowej, kilkaset metrów od Willi Chowańczaków, tuż przy gardzieli posterunku policjantów zwerbowanych z ludności podbitej przez nazistów. W tym miejscu, gdzie teraz znajduje się obelisk koloru żółtego oraz park z łagodnymi wzniesieniami oświetlonymi promieniami letniego słońca.

Wyjątki z książki W kanałach napisanego przez Romana Stępniaka byłego powstańca z batalionu Baszta, który przeżył rozstrzeliwania na ulicy Dworkowej. Tekst przetłumaczył Andrzej Chowanczak .

W kanałach straciliśmy poczucie czasu. Byliśmy ponad 20 godzin w tym podziemnym labiryncie usiłując przedostać się z Mokotowa do centrum miasta. Pluskaliśmy się zanurzeni do kolan i czasem aż do pasa, cały czas pochyleni, śmiertelnie zmęczeni, na skraju wytrzymałości psychicznej.

Woda sięga do szyi… Aż szczury są przestraszone i biegną ponad naszymi głowami i barkami, wydając straszliwe piski. Co niżsi, nie mając pomocy, już się utopili…

Ale prawdziwą panikę powoduje gaz. W niektórych miejscach oprócz granatów, Niemcy wrzucają do kanałów grudy karbitu. Podnosi się krzyk: „gaz! gaz!” I powstaje istne piekło pod ziemią.

Przepadł wszelki porządek, nie ma ani kolejki, ani numeracji. A na dobitek, w kanałach są ranni i chorzy, którzy nigdy nie powinni tutaj wejść. Rośnie ilość rannych wskutek wybuchu granatów. Rośnie jednocześnie ilość chorych z powodu osłabienia i nerwów. Chorzy i ranni uniemożliwiają poruszanie się i uniemożliwiają komunikację między kanałami.

W drodze spotykamy się z powstańcami, którzy weszli do kanałów wiele godzin później. Informują nas o zaprzestaniu ognia i kapitulacji Mokotowa (…) Spotykamy też niektórych, którzy po dwudziestu lub trzydziestu godzinach błądzenia w kanałach są już obojętni na wszystko. Martwym wzrokiem szukają niedostępnych miejsc, aby popełnić samobójstwo spokojnie, indywidualnie z pomocą swojej ulubionej broni lub w grupach za pomocą ostatniego granatu…

Wychodzić! Wychodzić! Szybko, do góry! Macie trzy minuty, tylko trzy minuty, potem wrzucamy granaty…

Kiedy jestem już na górze i prostuję głowę, jakieś dłonie ujmują mnie za ramiona i pomagają wydostać się przez otwór kanału. Popychają mnie kilka kroków do przodu w kierunku innych żołnierzy… O, Boże. Mundury wydają się być nimieckie, ale są to ukrańscy pomocnicy. Patrzę wokoło. Oh zgrozo! Wpadliśmy w najgorsze miejsce… Jesteśmy na Dworkowej… Jeden z żołnierzy, który stoi przy mnie, uderza mnie kolbą karabinu w głowę, chwieję się, spadają mi okulary… Inny Ukrainiec niszczy mój kombinezon i wyciąga wszystko co mam w kieszeniach, rzucając to co znajduje, zdzierając odznaki na ramionach. Broń, jeśli ktoś ją miał ze sobą, zostaje na innym miejscu, osobno też rzucają plecaki i torby.

Teraz popychają mnie przez jakieś schody w stronę ulicy Dworkowej. Tutaj już są otoczeni koledzy, którzy wyszli wcześniej. Rozkazują nam, żebyśmy położyli się twarzą do ziemi bez podnoszenia głowy.

W parku jest około stu powstańców. Blisko pokrywy wejściowej kanału, z którego już nikt nie wychodzi, palą ogromny stos papierów i dokumentów.

Ukraińcy stają w szeregu obok schodów. Niektórzy z nich zbliżają się do tych, którzy leżą bliżej, biorą pięciu lub sześciu z nich, stawiają ich w wejściu na schody, z twarzą zwróconą na ulicę Puławską. Ukraińcy otwierają ogień z karabinów maszynowych, chłopcy spadają po schodach. Po chwili ustawiają innych w tym samym miejscu…

Rozumiem dlaczego palą nasze dokumenty. Nikt się nie dowie kto i kiedy stracił życie w tym miejscu… Trzeba zostawić jakiś ślad – pomyślałem.

Otwieram futerał swoich okularów, wyrywam podszewkę, która jest wewnątrz, pod którą jest maleńki kawałek różowego papieru, przyklejam do metalu. Piszę jasno, wielkimi literami:
<ZA CHWILĘ BĘDĘ ROZSTRZELANY. JEST OKOŁO STU POWSTAŃCÓW, ULICA DWORKOWA, 27 WRZEŚNIA, GODZINA 17:00, ROMAN STEPNIAK – FRASSATI, MIEJSCE ZAMIESZKANIA CHMIELNA 128, MIESZKANIE 90.>
Wkładam futerał z powrotem do kieszeni. Oddycham z ulgą. Mogę już spokojnie czekać na swoją kolejkę. Dopiero teraz spoglądam wokoło. Pozostaje zaledwie 40 osób.”

Stanisław Chowańczak niewiele opowiedział swojemu synowi o tym jak on i jego koledzy uniknęli rozstrzelania tego dnia.

Krótko przed nadejściem jego kolejki i tego powstańca, który opowiedział niniejszą historię Andresowi w Warszawie 2003 roku, kiedy pojechał, aby zebrać więcej informacji o swoim ojcu i o Powstaniu, pewien generał niemiecki elegancko ubrany pojawił się na scenie tego wydarzenia, ubrany w płaszcz i błyszczące buty. Oburzony zwrócił się do kapitana SS:

Kto tu strzelał? Nie otrzymaliście ode mnie rozkazu informującego o traktacie kapitulacji Mokotowa?

Tak, Herr General, ale ci bandyci wyszli z kanałów i otworzyli ogień do nas, wtedy odpowiedzieliśmy strzelając i niektórzy zmarli. Tych, którzy wyszli później wzięliśmy jako jeńców.

– odpowiedział kapitan SS.

Powstańcy leżący jeszcze twarzą ku ziemi, słyszeli tę rozmowę. Jeden szepnął: Zdaje się, że to generał Von dem Bach!

Generał (jest mało prawdopodobne by to był właśnie Erich ven dem Bach-Zalewski, bo wbrew legendzie był w tym momencie w Ożarowie, 20 km od Warszawy, rozważając warunki, o które prosił Generał „Bór” celem podpisania bezwarunkowej kapitulacji AK) szedł w kierunku gdzie leżały ciała przed chwilą zamordowanych. Spojrzał na swoje buty, które wyglądały splamione. Spojrzał na niebo i nie dostrzegł ani jednej chmury. Dopiero teraz zauważył, że ciecz która brudziła błysk jego lakierowanych butów była krwią zmieszaną z pyłem i błotem.

Powstrzymując wymioty, generał niemiecki powtórnie zaczął krzyczeć na swoich poddanych, być może nie wszyscy byli Ukraińcami, jak Polacy ich nazywali, z powodu długiej historii nienawiści do tego narodu. A może byli to zdrajcy rosyjscy pochodzący z różnych krajów Azji, którzy współpracowali z Niemcami. Nie wiedzieli oni o tym, że o tej popołudniowej godzinie Mokotów skapitulował. Zgonie z zapewnieniem Niemców, polscy jeńcy wojenni mieli być wzięci do niewoli, a nie zabijani jako bandyci. Status walczących jako „część integralna Polskich Sił Zbrojnych” zastosowany wobec powstańców AK, w rzeczywistości, został uznany już miesiąc wcześniej przez Aliantów, a niechętni Niemcy, uznali go dopiero w momencie upadku tego okręgu.

Z tej strony pagórka było już ponad stu trupów. Pewien powstaniec w stopniu sierżanta odważył się mówić po niemiecku i prosił o pozwolenie, by opowiedzieć to co się tutaj wydarzyło. Generał był oburzony.

Przed odejściem do swojego samochodu pancernego zapewnił Polaków, że wojna dla nich zakończyła się i że będą odprowadzeni jako jeńcy do twierdzy na Mokotowie.

“Panie generale, rozkaz pana nie po raz pierwszy nie został wykonany – powiedział sierżant powstaniec. Ci ludzie, którzy nas rozstrzelali, nienawidzą nas tak bardzo, że i tym razem nie wykonają pańskiego rozkazu. Jestem pewien, że nie dojdziemy do twierdzy na Mokotowie.

Wtedy generał wyznaczył jednego kapitana niemieckiego, żeby nadzorował SS-manów. Zaczęli maszerować ku twierdzy. Stanisław i jego koledzy zobaczyli ciała swoich przyjaciół leżące w głębi wykopu. Jacyś cywile byli zmuszeni złożyć ciała, robiąc to krzyczeli i szlochali na widok zgrozy, jaką los im zgotował. Potem wielu z nich aresztowano w piwnicach i zabito granatami.

Na ulicy Puławskiej jeden z powstańców, który znał jako tako język ukraiński spostrzegł się, że SS-mani nie podarują im tego. Pilnowali ich od tyłu, podczas gdy kapitan niemiecki szedł na przodzie kolumny i nie mógł widzieć, ani słyszeć że oni planowali otworzyć ogień do wszystkich, a potem powiedzieć, że bandyci polscy zaczęli uciekać. Kapitan niemiecki zginąłby przypadkową śmiercią.

Wówczas sierżant polski podbiegł do oficera niemieckiego, aby go zaalarmować. W końcu doszli do twierdzy Mokotów w niezwykłej formacji: na przodzie SS-mani, potem polscy więźniowie wojenni otaczający niemieckiego kapitana, jak kurczęta skupione wokół kwoki.

Nigdy nie zapomnimy tego dnia, prawda?

– powiedział kapitan do więźniów będąc już w twierdzy, i podarował sierżantowi z Baszty paczkę papierosów.

Byli ocaleni. Była to ostatnia grupa, która dołączyła się do reszty więźniów z Batalionu Baszta uwięzionych na Mokotowie.

*

Warszawa, wrzesień 28 1944 roku.

Mokotów padł dnia 27 września. Walka w dwóch sektorach oddzielnych (centrum miasta i obwód Żoliborza) stała się niemożliwa. Nęka nas głód. Jeżeli nie dostaniemy skutecznej pomocy ze strony rosyjskiego ataku dnia 1 października mniej więcej, będziemy zmuszeni przerwać ogień(…)

Generał Tadeusz Bór-Komorowski

Zobacz też:

21 stycznia 2019 09:00