0

Felieton Automobilisty

Giełda samochodowa fot. Mirosław Rutkowski
Giełda samochodowa
fot. Mirosław Rutkowski

Czy przyszłość motoryzacji jest elektryczna? Wygląda na to, że tak.

Można wysnuć wniosek, że powszechna mobilność rozpoczęła się od nieudanego  eksperymentu z napędami elektrycznymi, które zostały ograne przez silniki spalinowe, a obecnie nadeszły czasy, gdy silniki spalinowe są wypierane przez te na prąd. Co prawda samochody bez rury wydechowej, generujące świszczący wizg zamiast tłumionych detonacji w każdym z cylindrów, są niesprawiedliwie drogie, dość uciążliwe w eksploatacji gdy ktoś chce pokonywać dłuższe dystanse, ale za to bardzo przyjemne
w prowadzeniu, za sprawą charakterystyki silników elektrycznych.

Elektryczna rewolucja niespecjalnie zmieni sposób wykorzystywania auta przez statystycznych użytkowników, zasięg 200, 300 kilometrów w zupełności wystarcza większości kierowców, którzy dojeżdżają do szkół, firm, sklepów. Naładowany z gniazdka zestaw akumulatorów wystarcza na pokonywanie codziennych dystansów. W większości przypadków zasięg wystarcza także dla pracowników firm kurierskich, pocztowych czy zaopatrzeniowych. Oczywiście wciąż z pewnymi ograniczeniami, nad którymi inżynierowie producentów samochodów intensywnie pracują.

Ważniejsze jednak wydaje się to, że napęd elektryczny spowoduje poważne przemeblowanie wśród producentów samochodów, a także – co może ważniejsze – przyniesie szereg konsekwencji w geopolityce. Wszyscy producenci samochodów mają dziś w ofercie modele spalinowe, hybrydowe i elektryczne. Srogie opłaty związane z niedotrzymywaniem coraz to bardziej restrykcyjnych norm emisji, bezpośrednio wpływają na ceny samochodów z napędem spalinowym. Są coraz droższe. Samochody elektryczne troszkę tanieją, efektem jest zmniejszanie różnicy w cenach elektryków i aut z napędem klasycznym. Mordercza walka producentów prowadzi do przejęć i fuzji, aby otworzyć nowe rynki czy przejąć technologie.

8 grudnia 2019 21:55