Od marzenia do postawienia stopy na siódmym kontynencie – opowieść i fotoreportaż Edyty Chrząszcz.
Nie tylko warto mieć marzenia, ale trzeba je realizować.
Moim od lat było postawić nogę na 7 kontynencie, czyli na Antarktydzie. I tym samym
25 marca 2026 r. o 9 rano czasu polskiego, stanęłam na Antarktydzie w miejscu oznaczonym jako Neko Harbour. Do dziś nie mogę w to uwierzyć, ale na szczęście mam zdjęcia, które to udowadniają.
Ernest Shackleton powiedział:
Wierzę, że w naszej naturze leży odkrywanie, sięganie w nieznane.
Jedyną prawdziwą porażką byłoby w ogóle nie próbować odkrywać.
Spróbowałam i się udało.
Pierwszy raz pomyślałam o Antarktydzie w 2016 roku. Wtedy pojechaliśmy na Islandię, żeby objechać ją dookoła drogą nr 1. Zachwyciły mnie puste przestrzenie, lodowce, surowe krajobrazy, zmienność pogody i poczucie, że człowiek jest tam tylko małym elementem ogromnego świata. Chciałam zobaczyć więcej takich miejsc.
Jeszcze tego samego roku trafiliśmy do Patagonii.
Popłynęliśmy oglądać Pingwiny Magellańskie i właśnie tam po raz pierwszy dotarło do mnie, że z południowego krańca Ameryki Południowej można popłynąć jeszcze dalej. Na Antarktydę. Pomyślałam wtedy: dlaczego nie? Może kiedyś.
Tyle że dziesięć lat temu nie było to marzenie łatwe do zrealizowania.
Możliwości podróżowania na Antarktydę było znacznie mniej, a ceny sprawiały, że taka wyprawa pozostawała poza naszym zasięgiem. Ale pomysł pozostał.
Potem była ponownie Islandia, Alaska, Norwegia, Grenlandia i Wyspy Owcze. Za każdym razem, kiedy wracałam z kolejnego zimnego miejsca, miałam poczucie niedosytu. Nadal szukałam informacji, obserwowałam oferty i zastanawiałam się, jak zorganizować wyprawę na dalekie południe.
Wiosną 2024 roku poszliśmy na spotkanie podróżnicze z dwojgiem młodych ludzi, którzy opowiadali o swojej podróży na Antarktydę. Dowiedziałam się wtedy, jak można zorganizować taką wyprawę. I już wiedziałam, że niedługo tam popłynę. Nie wiedziałam tylko kiedy.
Jesienią 2025 r. zaczęliśmy już konkretnie szukać. Porównywaliśmy terminy, trasy, ceny i promocje. Ostatecznie wybraliśmy dziesięciodniową ekspedycję. Trasa obejmowała Szetlandy Południowe i Półwysep Antarktyczny, a naszym domem przez kolejne dni miał zostać statek klasy polarnej.
W styczniu 2026 r. rozpoczęły się przygotowania. Czytanie, oglądanie filmów, sprawdzanie szczegółów i zastanawianie się, czego właściwie możemy się spodziewać. Co zabrać i jak się ubrać. Ubranie musi być dokładnie dobrane, dobrze izolujące, aby było w nim optymalnie i komfortowo. A przede wszystkim wszystko musi być wodoodporne. Bo z łodzi pontonowych typu zodiak schodzi się bezpośrednio do wody.
Najpierw trzeba dotrzeć na koniec świata
Na Antarktydę można dostać się na kilka sposobów. Np. można popłynąć dużym statkiem turystycznym i oglądać kontynent z pokładu statku wycieczkowego, bez schodzenia na ląd. Można polecieć na Antarktydę samolotem, jeśli celem jest na przykład wyprawa na Masyw Vinsona czy biegun południowy. Można wybrać niewielki jacht albo rejs z Australii czy Nowej Zelandii w kierunku Antarktydy Wschodniej i Morza Rossa.
My wybraliśmy klasyczną trasę przez Ushuaia. To oznaczało konieczność przepłynięcia Cieśniny Drake’a, która dla wielu osób jest najbardziej stresującym elementem całej wyprawy. Pogoda może pokrzyżować plany, zmienić trasę statku albo uniemożliwić lądowanie. Też się baliśmy, jak zniesiemy tak trudne morskie warunki.
Na taki rejs warto przybyć do Ushuaia kilka dni wcześniej, ale dla nas każdy dzień urlopu jest ważny, dlatego postanowiliśmy przylecieć tu tylko dwa dni wcześniej. Na kilka dni przed wylotem pojawił się dodatkowy stres, bo argentyńskie linie lotnicze zapowiedziały strajk. Na szczęście ostatecznie do niego nie doszło. 19 marca rano dolecieliśmy do Ushuaia. Zmęczeni, ale szczęśliwi. I przede wszystkim z całym bagażem, co miało wielkie znaczenie podczas tej wyprawy, bo cały ekwipunek trzeba mieć ze sobą, tam na Antarktydzie się nic nie kupi.
W Ushuaia było kiedyś ciężkie więzienie, teraz to głównie baza wypadowa na Antarktydę i miasto na końcu świata. Po krótkim odpoczynku poszliśmy na kawę i spacer po mieście. Następnego ranka wybraliśmy się na trekking do lodowca Cerro Martial. Po południu mieliśmy już wejść na statek.
Od tej chwili jesteśmy poza światem
20 marca około godziny 15 weszliśmy na pokład statku Ocean Albatros. Od tej chwili zaczęła się prawdziwa ekspedycja. Dostaliśmy swoje paszporty pokładowe, przeszliśmy obowiązkową odprawę bezpieczeństwa i zostaliśmy przydzieleni do grup, według których będziemy schodzić na zodiaki. Dopasowaliśmy sobie polarne kurtki – parki. Potem trafiliśmy do naszej kajuty. Była przestronna, miała balkon, duże łóżko, łazienkę i sporo miejsca. O 18:00 statek opuścił Ushuaia. Z pokładu patrzyliśmy, jak znikają ostatnie domy. Płynęliśmy Kanałem Beagle, w oddali majaczyły ostatnie pasma Andów. Potem statek skierował się w stronę przestrzeni między Ameryką Południową, a Półwyspem Antarktycznym. Przed nami była Cieśnina Drake’a. Baliśmy się tego, wiedzieliśmy, że to jeden z najbardziej burzliwych akwenów świata. Tym razem Drake był łaskawy. Rano okazało się, że trafiliśmy na tak zwany „Drake Lake”. Fale nie przekraczały około 2,5 metra. Statek spokojnie przesuwał się po oceanie, a my mogliśmy skupić się na tym, po co tutaj przyjechaliśmy.
Na pokładzie każdy dzień był dokładnie wypełniony. Briefingi, szkolenie z wsiadania do zodiaków, wykłady, obserwacja ptaków z naukowcami, zajęcia o chmurach, florze, faunie czy fotografii. Nie było czasu na nudę. Rozkład dnia był przekazywany nam codziennie na plakatach. Dopiero wtedy dowiadywaliśmy się co będziemy robić danego dnia.
Podczas rejsu pracował z nami 22-osobowy zespół ekspedycyjny: przewodnicy polarni, biolodzy, ornitolodzy, glacjolodzy, historycy regionów polarnych, fotografowie i operatorzy zodiaków. To oni organizowali nasz czas. Na statku było 177 gości i około 100 osób załogi. Tu jesteśmy zdani tylko na siebie i na załogę, nie ma sklepów, portów – nie ma infrastruktury. Jest tylko lód, dlatego załoga jest tak liczna.
Pierwsze kroki wśród pingwinów
22 marca dotarliśmy na Half Moon Island w archipelagu Szetlandów Południowych.
Po obiedzie emocje były ogromne. Przebraliśmy się w tak zwanym mudroomie, założyliśmy gumowce i kamizelki ratunkowe, zabraliśmy aparaty i zeszliśmy do zodiaków.
Przewodnicy jako pierwsi wyszli na ląd. Sprawdzili teren i wyznaczyli trasę tak, żebyśmy w jak najmniejszym stopniu ingerowali w życie zwierząt. My około 16:00 postawiliśmy pierwsze kroki na Szetlandach Południowych.
Były łzy w oczach. Wokół nas były lodowce, skały, śnieg i pingwiny. Spotkaliśmy pingwiny maskowe i białobrewe, a także foki. Na brzegu znajdował się wrak drewnianej łodzi wielorybniczej. Stałam i patrzyłam.
Czasami trudno opisać miejsce, w którym właśnie się jest. Można zrobić zdjęcie, można nagrać film, można opowiedzieć o krajobrazie. Ale świadomość, że naprawdę stoi się na jednym z najbardziej odległych zakątków świata, jest czymś zupełnie innym. Ale chyba najbardziej zaskoczyły mnie pingwiny. Na zdjęciach często wyglądają jak sympatyczne, spokojne ptaki w czarnych frakach. Na żywo okazują się znacznie bardziej charakterne. Pingwiny białobrewe budują gniazda z kamieni. A ponieważ kamienie są cennym materiałem budowlanym, między sąsiadami dochodzi do regularnych kradzieży. Jeden pingwin przynosi kamień swojej wybrance. Ona decyduje, czy prezent jej odpowiada. Jeśli tak, kamień trafia do gniazda. Jeśli nie, samiec szuka innej „żony”. Mogłabym patrzeć na nie godzinami. Ale musieliśmy zachować dystans. To jedna z najważniejszych rzeczy podczas takiej wyprawy. Człowiek przyjeżdża tu po zdjęcia, wrażenia, ale nie może zapominać, że to nie jest zoo. To my jesteśmy tu gośćmi. Nie można podejść do zwierząt na bliżej niż 5 metrów, nie wolno się schylać, nic gubić ani nic ze sobą zabierać. Nawet kamyczka. Tak chronimy wspólnie ten dziewiczy kawałek świata.
Antarktyda zaczyna się naprawdę
Kolejne dni przynosiły następne lądowania. W Mikkelsen Harbour oglądaliśmy pingwiny, foki kotiki i kolejne pozostałości po dawnej działalności wielorybniczej. Pływaliśmy zodiakami wśród gór lodowych i obserwowaliśmy ptaki. Góry lodowe były wszędzie. Niektóre miały fantastyczne kształty, inne były idealnie niebieskie. Większość ich masy pozostawała niewidoczna pod wodą. Z pokładu wyglądały jak ogromne rzeźby dryfujące po Oceanie Południowym.
Pewnego dnia pływaliśmy zodiakiem prawie dwie godziny. Były foki, pingwiny, ptaki i wieloryby. Pogoda była pochmurna, ale właśnie wtedy pojawiły się piękne odbicia w wodzie. Zapamiętałam przede wszystkim ciszę, czasem przerywaną tylko krzykami pingwinów, dźwiękami ptaków, hukiem cielącego się lodowca i oddechem wieloryba.
Orki zmieniają plan
24 marca wydarzyło się coś, czego nikt nie planował.
Mieliśmy płynąć do Paradise Bay. Nagle kapitan zauważył i usłyszał w oddali wielkie stado orek. Szybko zmieniliśmy kurs. Kapitan otworzył pokład przed mostkiem, żeby pasażerowie mogli obserwować zwierzęta z różnych miejsc. Pobiegłam do kajuty po długi obiektyw i drugi aparat. Wiedziałam, że może się wydarzyć coś wyjątkowego.
I wydarzyło się. Przypłynęły całe rodziny. Było ponad 30 orek. Pojawiły się również młode. Zwierzęta pływały przed statkiem, skakały, zanurzały się i wynurzały. Z pokładu obserwowaliśmy ich zachowanie z coraz większym niedowierzaniem. W pewnym momencie odłożyłam aparat. Chciałam po prostu patrzeć. One przed nami dosłownie tańczyły, jakby cieszyły się z naszej obecności.
Fotograf przyzwyczajony jest do tego, że kiedy dzieje się coś niezwykłego, trzeba mieć aparat w ręku. Trzeba wybrać obiektyw, ustawić parametry, znaleźć kadr. Ale czasami najlepszym rozwiązaniem jest odłożyć aparat. Chciałam zapamiętać dźwięki, ruch wody, sylwetki orek pojawiających się tuż przy statku. Czułam się jak w filmie przyrodniczym. Tyle że tym razem nie było ekipy filmowej, która przygotowała scenariusz. To była natura.
25 marca. Siódmy kontynent
Następnego dnia spełniło się marzenie, które nosiłam w głowie przez dziesięć lat. 25 marca 2026 roku o godzinie 9:00 nasz zodiak dopłynął do Neko Harbour. Kilka kroków później staliśmy na stałym lądzie. Na Antarktydzie. Na naszym siódmym kontynencie.
To był moment, którego nie da się porównać z żadnym innym w tej podróży. Radość mieszała się ze wzruszeniem i niedowierzaniem. Przez chwilę nikt się nie spieszył. Polały się łzy…Wokół nas były potężne lodowce schodzące do zatoki. Co jakiś czas rozlegał się huk odrywającego się lodu.
Chodziliśmy wyznaczonymi ścieżkami pomiędzy pingwinami białobrewymi. Nie wolno było ich dotykać ani się do nich zbliżać. Jeśli któryś z ciekawskich ptaków ruszał w naszą stronę, to my musieliśmy się odsunąć. Tutaj to nie człowiek wyznacza zasady. Pingwiny miały swoje „autostrady”, swoje miejsca i swoje codzienne życie. My byliśmy tylko chwilowymi gośćmi. Temperatura oscylowała wokół zera, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Było wiele uśmiechów, pamiątkowych zdjęć i były też zaręczyny. Stałam tam ze łzami w oczach i jednocześnie chciało mi się skakać ze szczęścia. Przez dziesięć lat Antarktyda była dla mnie marzeniem. Teraz tu byłam.
Wieloryby naprawdę blisko
Jeszcze tego samego dnia czekała nas kolejna niespodzianka.
Do zatoki wpłynęło ogromne stado humbaków.
Było ich ponad 20.
Pływaliśmy zodiakiem z naszą przyrodniczką specjalizującą się w humbakach. To był szczyt antarktycznego sezonu żerowania. W wodzie znajdowało się mnóstwo krylu, więc wieloryby miały tu prawdziwą ucztę. Humbaki są ogromne. Dorosłe osobniki osiągają kilkanaście metrów długości i ważą dziesiątki ton. Ale kiedy podpływają do zodiaka, człowiek przestaje myśleć o liczbach. Widzisz przed sobą żywe, potężne zwierzę. Humbaki skakały, wynurzały się i wydawały dźwięki. Były tak blisko, że robiliśmy sobie z nimi selfie. Na początku trochę się bałam, że któryś podpłynie za blisko. Przewodniczka szybko nas uspokoiła. Wiedziała, że wieloryby doskonale kontrolują swoje ruchy. To było kolejne spotkanie, którego nie dało się zaplanować. I właśnie dlatego tak bardzo zapadało w pamięć. Zwieńczeniem dnia była możliwość kontrolowanego skoku do wody na Antarktydzie. Pomimo, że temperatura wody oscylowała około zera stopni chętnych było wielu. My woleliśmy to jednak tylko poobserwować.
Fotografowanie na Antarktydzie
Fotografowanie z zodiaka nie jest jednak łatwe.
Człowiek ma na sobie kamizelkę ratunkową, wiatr wieje, ponton się porusza, dookoła chlupie słona woda, a jednocześnie trzeba uważać na sprzęt. Nie ma też miejsca, żeby postawić plecak. Wszystko, co zabierasz na ląd, musisz cały czas trzymać przy sobie. Do tego dochodzi temperatura. Baterie rozładowują się szybciej, dlatego trzymałam zapasowe blisko ciała. Przy zmianach temperatury parował mi wizjer, zdarzało się też, że para pojawiała się pomiędzy obiektywem a filtrem UV. A warunki zmieniały się bardzo szybko. Jednego dnia rano było minus 4 stopnie, później plus 4, a kilka godzin później temperatura znów spadała w okolice zera. Bywał deszcz, śnieg, słońce i wiatr.
Ale udało się przywieźć dużo dobrego materiału. Na Antarktydzie fotografowanie wymaga szczególnej koncentracji nie tylko na zdjęciu, ale też na własnym bezpieczeństwie. Trzeba uważać, żeby nie poślizgnąć się na skałach, nie uderzyć aparatem, nie upuścić obiektywu czy nie zanurzyć sprzętu w słonej wodzie. A spróbujcie być maksymalnie skoncentrowani na bezpieczeństwie, kiedy przed Wami właśnie wyskakuje ogromny wieloryb. Dlatego czasami odkładałam aparat. Niektórych rzeczy nie chciałam przeżywać przez wizjer.
Kanał Lemaire.
Miejsce, w którym aparat pracuje bez przerwy
26 marca wieczorem dostaliśmy wiadomość, na którą wcześniej nawet specjalnie nie liczyliśmy. Rano będziemy przepłynąć Kanałem Lemaire. Pobudka o szóstej. Około 6:30 większość pasażerów już stała na górnym pokładzie. To nie lada gratka o tej porze roku. Kanał jest wąski, otoczony wysokimi ścianami gór i lodowcami i często zmarznięty. Statek musiał manewrować między górami lodowymi. To jedno z tych miejsc, w których trudno zdecydować, czy lepiej patrzeć, czy fotografować. Najbardziej niezwykłe były odbicia. Przy spokojnej wodzie góry i lodowce tworzyły niemal idealne symetrie.
Ostatnie lądowanie
Ostatnie lądowanie na Antarktydzie miało miejsce na Petermann Island. I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że ta podróż się kończy. Wcale tego nie chciałam, czułam ogromny niedosyt. Wokół nas był krajobraz, który przez ostatnie dni stał się już znajomy: śnieg, skały, lodowce schodzące do morza, biel, błękit i szarość. Były też pingwiny. Patrzyłam na nie i miałam świadomość, że fotografuję ten krajobraz po raz ostatni podczas tej wyprawy. Nagle zdjęcia zaczęły znaczyć coś więcej. Nie chodziło już tylko o światło, kompozycję czy moment. Chciałam zapamiętać zimne i czyste powietrze, dźwięk wody uderzającej o brzeg, głosy ptaków i tę niezwykłą ciszę. Petermann Island było naszym pożegnaniem z Antarktydą.
Antarktydy nie da się zaplanować do końca
Po ostatnim lądowaniu przyszedł czas na powrót.
Prognozy dla Cieśniny Drake’a zapowiadały sztorm. Fale mogły sięgać nawet 11 metrów. Kapitan zdecydował więc, że zaczniemy powrót wcześniej. To była dobra decyzja. Podczas naszej wyprawy pogoda wyjątkowo nam sprzyjała. Udało się zrealizować wszystkie lądowania i rejsy zodiakami. Miały być po 2 dziennie i były. Temperatura wahała się mniej więcej od minus 4 do plus 4 stopne. Był deszcz, śnieg i słońce, ale wiatr nie przeszkadzał nam tak bardzo, jak mogliśmy się spodziewać. Minęliśmy 65. stopień szerokości geograficznej południowej. Potem czekał nas powrót przez Drake’a, na której tym razem było zupełnie inaczej.
Fale przekraczały 7 metrów. Niektórzy pasażerowie praktycznie nie wychodzili z kajut. Na posiłkach pojawiało się znacznie mniej osób. My również odczuliśmy lekkie kołysanie. Chodziło się po statku ledwo utrzymując równowagę. Ale przyjęliśmy to jako część przygody. Dla nas tragedii nie było. Drak’e był spokojny, kiedy płynęliśmy na południe. Teraz przypomniał nam, dlaczego ma taką reputację. Czasem Dreak’e Lake czasem Dreak’e Shake.
I właśnie wtedy po raz kolejny przekonaliśmy się, że podczas podróży na Antarktydę niczego nie można traktować jako pewnik. Wreszcie sztorm minął i można było ponownie wyjść na zewnętrzne pokłady. Do Ushuaia odprowadzały nas wieloryby i ptaki. Piłam kawę, patrząc na pierwszy od dziesięciu dni zamieszkany ląd. W oddali pojawiły się Andy. I nagle zrobiło mi się żal. Nie chciałam, żeby ta podróż się kończyła.
Wieczorem dopłynęliśmy do Ushuaia. Następnego ranka były pożegnania.
Były uściski, wymiana kontaktów i łzy.
Bo przez dziesięć dni grupa przypadkowych ludzi z różnych części świata stała się małą społecznością, która razem przeżywała te same zachwyty, emocje i niespodzianki.
Czy warto?
Choć jest to dość kosztowna wyprawa, warto. Czy po dziesięciu latach marzenia Antarktyda okazała się taka, jak sobie wyobrażałam? Nie. Była lepsza. Bywał deszcz, śnieg, wiatr, słońce, zmienna pogoda i trudne warunki do fotografowania. Ale właśnie tego chciałam. To lubię. Chciałam zobaczyć Antarktydę prawdziwą, a nie tylko tą z pocztówek. I chciałam przede wszystkim doświadczyć miejsca, które przez lata było dla mnie tylko marzeniem, punktem na mapie. Udało się. Antarktyda stała się moim siódmym kontynentem. Już poniekąd z niej nigdy nie wrócę, bo w głowie pozostaną wspomnienia i moje fotografie.
Fotoreportaż:
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (47)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (46)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (45)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (44)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (43)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (42)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (41)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (40)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (39)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (38)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (37)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (36)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (35)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (34)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (33)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (32)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (31)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (30)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (29)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (28)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (27)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (26)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (25)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (24)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (23)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (22)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (21)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (20)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (19)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (18)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (17)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (16)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (15)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (14)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (13)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (12)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (11)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (10)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (9)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (8)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (7)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (6)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (5)
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (4)
- Moja Antarktyda
- Moja Antarktyda
- Moja Antarktyda – wyprawa, fotoreportaż Edyty Chrząszcz. Fot. Edyta Chrząszcz (1)














































