Telegramy z podróży: 17 złotych, czyli co Indie robią z człowieka

TELEGRAMY Z PODRÓZY
TELEGRAMY Z PODRÓZY
fot. Katarzyna Tołwińska

Historia Wściekłej Kaśki czyli jak Kasia trzewiki reklamowała…

Ahmedabad, Indie
14 stycznia 2010

Najdroższa Moja Przyjaciółko,
pragnę Ci donieść o przypadkach ostatnich dwóch godzin, gdyż nie ma co się kryć z czarną stroną charakteru oraz faktem, iż wścieklizna, która mnie czasem ogarnia rozum odejmując, nie opuściła mnie niczym sen złoty, a wręcz przeciwnie, podróżuje ze mną cały czas i dzisiejszego pięknego popołudnia pewien sprzedawca wypuścił ją na wolność, by mogła odetchnąć pełną piersią.

co Indie robią z człowieka

Pozwól, iż przytoczę Ci co się stało. Pamiętasz te buty, które mi się rozwaliły?
Otóż wróciłam do tego samego miasta, w którym je kupiłam i odnalazłam sklep, w który dokonałam zakupu. Z uśmiechem się przywitałam i złożyłam reklamację, mówiąc wyraźnie, iż nie chcę tych butów ani też innych tej samej marki, chcę umówionego zwrotu pieniędzy, bo buty są kompletnie do niczego. Zostałam poproszona o chwilę cierpliwości, która się przeciągnęła w 40 minut czekania. Domyśliłam się, że mimo tego, że nie chciałam tych butów, próbują coś z nimi zrobić… kilka razy powtarzałam, że nie mam czasu, niech mi zwrócą kasę i cześć. Bez skutku. “Wait, Madam, wait”. Myślę, że to dobry moment, aby wspomnieć ileż to gotówki w lokalnej walucie byłam na te buty wydalam – 230 rupii czyli około 17 złotych polskich.

W końcu pojawił się jeden ze sprzedawców z moimi butami przeszytymi gdzieś na maszynie. Zaczęła się dyskusja miedzy nami, że ja nie chce tych butów, że są do niczego, że mają mi zwrócić pieniądze itd. Sprzedawca nie podzielał mojego pomysłu na załatwienie sprawy, nieszczęśliwie zaczął troszkę pokrzykiwać i stało się. Zanim się zorientowałam, z moich ust wycedziły się na zimno słowa “dobrze, w takim razie zawołam policje”.

Jak powiedziałam tak zrobiłam. W tym ogromnym mieście biegałam po ulicach w poszukiwaniu posterunku, w końcu trafiłam na główną komendę policji Ahmenabadu, gdzie mieli urwanie głowy, bo akurat odbywała się największa impreza jaką Ahmedabad widuje, czyli doroczny Festiwal Latawców. Na posterunku nikt nie mógł się ze mną porozumieć. Mogłam odejść w poczuciu “no trudno, pewnych rzeczy nie przeskoczę”, ale nie, ja uparcie stałam domagając się policjanta z językiem angielskim. Znalazł się. Jedyny, który władał jako tako był chyba komendantem, a przynajmniej głównym śledczym w sprawach nie mniejszej wagi niż seryjne morderstwa. Zaprosił mnie do gabinetu i tam wyłożyłam mu moją historię butów za 230 rupii. Nie wiem doprawdy czy przestraszył się, że jestem niespełna rozumu czy też pomyślał biedaczysko, że możne to jakaś niepokonywalna dla niego bariera kulturowa, dość że postanowił mi pomóc, chociaż sam nie wiedział zupełnie jak się zabrać za tak skomplikowany przypadek. Ja też poczułam się nieswojo w tym ogromnym gabinecie i otoczeniu umundurowanych postawnych panów, w zupełnie nie indyjskim stylu. Ale zamiast się wycofać, powiedzieć coś na kształt, że się chciałam tylko wyżalić i że jestem turystka zastraszona i że przepraszam, że histeria, ale już dobrze, to nie! ja dorzuciłam, że jestem dziennikarką z brytyjskiej prasy i że chciałam napisać artykuł o festiwalu, że w sklepie szlag mnie trafił, ale żem rzetelna to postanowiłam dać policji szanse zareagować zanim walne paszkwil na pierwsza stronę “The Economist”.

Bogu ducha winien wysokiej rangi funkcjonariusz nieco bezradnie powiedział, że wyśle ze mną policjanta do sklepu. W międzyczasie dobijali się do niego ludzie z rozmaitymi sprawami, ale moje buty za 230 rupii zyskały absolutny priorytet, czemu się akurat nie dziwie, nikt nie lubi mieć wariatów w swoim otoczeniu, szczególnie w miejscu pracy gdzie jest dużo broni i innego sprzętu. Wyszliśmy więc przed posterunek, przed nami rozszalałe ulice Ahmedabadu, czekamy na policjanta. Biedny mój policjant pokazuje mi jeszcze w akcie rozpaczy swoje buty i mówi nieśmiało, że takie buty markowe to kosztują ze 2000 rupii, ale nawet nie stara się przekonać mnie do niczego. W końcu podjeżdża wóz policyjny, mój tłumaczy coś reszcie z wozu, wysadzają jednego policjanta i jedziemy – ja plus 5 policjantów w nysko-podobnym samochodzie policyjnym… Cała piątka ma w oczach wielkie zdziwienie. Dojechaliśmy do sklepu, tam odzyskałam swoje 230 rupii indyjskich, wszyscy byli skonsternowani, sprzedawca był wkurzony, bo tego się nie spodziewał na pewno, otoczenie się zbiegło, ja grzecznie podziękowałam policjantom i rozeszliśmy się w dwie strony. Ja chyłkiem uciekłam w małą uliczkę, bo Wściekła Kaśka już mnie opuściła a pusty śmiech jeszcze nie przyszedł, wiec wstyd mnie ogarnął ogromny.

Szkoda, iż nie widzisz tych ulic totalnie zatłoczonego miasta, jednego wielkiego bazaru, nieokiełznanego ruchu, miasta gdzie policja naprawdę ma co robić. Jestem stuknięta, jak słowo daje.

Mam nadzieję, że się przynajmniej obśmiałaś. Ja do moich licznych przygód motoryzacyjnych² mogę dorzucić jeszcze przejazd policyjnym wozem. Brakuje mi tylko do kompletu wozu strażackiego, ale czuje, że nie będę długo czekać na okazję. Szkoda, że jeszcze ani jednej świątyni nie zobaczyłam w tych Indiach, tak swoją droga…

LOVE!
Twoja Popaprana Wściekasia

Okoliczności rozwalenia się butów są tutaj nie bez znaczenia. W dużym skrócie: kupiłam buty, które miały być ze skóry i miały być szyte, a nie klejone (gdzie jak gdzie, ale po Indiach nieobuta nie masz ochoty biegać). Tuż po zakupie pojechałam hen daleko na wyspę Dune, i wybrałam się tamże w owych butach na kilkukilometrowy spacer. Przed marszem w powrotną drogę przysiadłam na plaży, przyszła fala i zmoczyła moje nowe buty. Nic wielkiego, gdyby nie to, że buty się rozpuściły i tym samym straciły kompletnie swoją funkcjonalność. Kilometry z powrotem wysypane były ostrym żwirem, po którym boso idzie się wolno i boleśnie. Idąc wolno, nie zdąża się przed zmrokiem i idzie się dalej w egipskich ciemnościach. W egipskich ciemnościach w Indiach mają zwyczaj pojawiać się psy. Lubią przy tym odbić sobie dzienną niedolę atakując co popadnie. W tym przypadku mnie. Nie wiem jak by się ta historia skończyła, gdyby nie jakieś zbłąkane dziecię, które mnie na tym pustkowiu odnalazło i odprowadziło do miasta rzucając w psy żwirem jedną ręką, bo za drugą Miss je trzymała kurczowo.

21 października 2015 22:50