W warszawskim kinie Muranów zakończył się przegląd najważniejszych filmów 15 edycji festiwalu T-mobile Nowe Horyzonty.
Festiwal kojarzony z innym miastem na „W” w styczniu ma swoje tournée w kilku miastach Polski, po czym filmy te wchodzą do repertuaru kinowego, a następnie są wydawane na dvd.
Specyfika wrocławskiego festiwalu jest powszechnie znana. Nie są tam prezentowane filmy łatwe, przeznaczone do szerokiej widowni, raczej są to dzieła oparte na obrazie, długich ujęciach. Dla jednych sztuka, dla innych zwykła nuda. Mimo że należę raczej do drugiej kategorii (proszę przynajmniej o „zalajkowanie” tej recenzji, żeby zrekompensować katusze jakie trzeba przeżyć męcząc te wszystkie długie ujęcia), to przyznaję że trzeba pozazdrościć organizatorom festiwalu zainteresowania widowni i przyciągnięcia publiczności oczekującej specyficznego kina.
Także na warszawskim festiwalu sale są wypełnione – może nie do ostatniego miejsca – ale w całkiem wysokim procencie. Oczywiście trafiają się nieświadome osoby, które po kilkudziesięciu minutach wychodzą dając sobie spokój z próbą odgadnięcia idei reżysera, ale taka specyfika tych filmów.
Na tegorocznym warszawskim tygodniu zaprezentowanych zostało w zasadzie pięć filmów, ale w praktyce to siedem, bo jedno dzieło jest blisko sześciogodzinne i organizatory zlitowali się nad widzami dzieląc je na trzy części.
Tysiąc i jedna noc
Sześciogodzinne dzieło w reżyserii Miguela Gomesa dotyczy kryzysu ekonomicznego w Portugalii i planu oszczędnościowego (podobno pozbawionego empatii do społeczeństwa, w wyniku którego społeczeństwo zubożało) przeprowadzonego w latach 2013/2014: wysokie bezrobocie, brak perspektyw, bieda i rozczarowanie. Specyfika filmu odnosi portugalską tragedię do opowiadań Szeherezady (która jak wiadomo przerywała swoją opowieść w najciekawszym momencie, żeby uniknąć utraty życia z rąk zaciekawionego małżonka), której to opowieści przenoszone są na ziemię kryzysu portugalskiego. Jaki ma to związek trudno dociec, ale taka wizję miał reżyser, nie ma co z nią dyskutować.
Pierwsza część trylogii pod tytułem „Niespokojny” rozpoczyna się na wybrzeżu bankrutującej stoczni w Portugalii. Aczkolwiek jakby nie napisy na murach, to można byłoby sytuację przyrównać do polskiego kryzysu branży stoczniowej. Brak zamówień, trudna sytuacja ekonomiczna, niezadowoleni pracownicy.
Rozpoczęcie wątku z opowiadaniami Szeherezady toczy film na raczej absurdalne wody, bo mamy: gadającego koguta wieszczącego tragedię, podpalaczy, powiększanie przyrodzeń, trzy opowieści portugalskich bezrobotnych i wybuch wieloryba. Trochę tego za dużo, ale przynajmniej film jest w miarę żywy jak na produkcje tego typu.

Druga część nosi tytuł „Opuszczony” (też trudno wywnioskować czemu) i dzieli się na trzy części: opowieści o tajemniczym Simao (zabójcy finalnie aresztowanym i osadzonym w celi 2 na 2 metry), rozprawie sądowej prowadzonej przez sędzinę (z wieloma absurdalnymi tematami, z których chyba najciekawszy jest wątek Japończyka, który zakochał się w Portugalii, ale został wydalony)

oraz małym, białym psie, który najprawdopodobniej jest reinkarnacją. Ten ostatni wątek jest najbardziej rozbudowany bo przedstawia również krótkie historyjki mieszkańców bloków (np. brazylijskie nudystki).

Na początku trzeciej części pt „Oczarowany” wreszcie opuszczamy biedną Portugalię, i skupiamy się na historii Szeherezady. To najlepsze 40 minut filmu: świetna muzyka, ciekawy montaż, interesujące historie (łowca skarbów, złodziej, ojciec 200 dzieci, ojciec Szeherezady).

Niestety po tym ciekawym fragmencie wracamy do Portugalii na ponad godzinną opowieść o hodowli ptaków (ładnie śpiewające zięby). Szeherezada opowiada do 530 nocy tak nudząc, że nie sposób jej nie zamordować. Końcowa scena to podsumowanie całej serii: kilkuminutowy spacer starszego faceta z teczką.
Gomez dedykuje swoje dzieło 8 letniej córce. Miejmy nadzieję że będzie miała taki sam gust jak jej ojciec.
„Tysiąc i jedna noc”, reż. Miguel Gomes
Na przełomie lutego i marca co tydzień po kolei każdy odcinek będzie miał premierę kinową – w Warszawie zapewne będzie pokazywany w Muranowie.
Widzę, widzę
Austriacki film „Widzę, widzę” w reżyserii i na podstawie scenariusza Severina Fiali i Veroniki Franz to chyba najbardziej przystępne (acz momentami drastyczne) dzieło dla przeciętnego widza. Aż trudno uwierzyć że twórcy debiutują tym filmem, bo jest zrealizowany bardzo sprawnie z dobrym klimatem i trzymanym napięciem. Momentami przypomina nawet genialne „Funny Games” Michaela Haneke.
Zaczyna się niewinnie od zabaw dwóch chłopców, najprawdopodobniej braci. Coś nie tak jest jednak z ich matką, a przynajmniej z kobietą u której mieszkają, bo ma ona obwiązaną głowę i w ogóle jakoś dziwnie się zachowuje. Film całkowicie zmienia swoją sielankową formę po ujawnieniu twarzy kobiety. Reszty nie ma co zdradzać, część krytyków twierdzi że film jest zbyt przewidywalny, ale moim zdaniem momentami zaskakuje. Co trzeba również napisać w wielu przypadkach szokuje, niektóre sceny są drastyczne, ale wszystko zmierza do jakiegoś celu (czy końcówka nie jest zbyt prozaiczna to już niech każdy sobie odpowie).
Austriacki film zyskał uznanie na festiwalach filmowych: był pokazywany w Wenecji, zdobył Nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyki Filmowej dla najlepszego filmu. Ogólnie został bardzo przychylnie przyjęty przez krytykę.
„Widzę, widzę”, reż. Severin Fiala
„Widzę, widzę” wchodzi na polskie ekrany w lutym, i to chyba jedyny film z omawianego przeglądu który mogę polecić bez cienia ironii.
Pasolini
Film „Pasolini” z 2014 roku w reżyserii Abela Ferrary ma dwie zalety: dla fanów reżyserii Pasoliniego będzie zapewne ucztą (mocno eksperymentalne sceny, trudna do zrozumienia fabuła, wątki erotyczne i homoseksualne), dla wszystkich pozostałych będzie do przebrnięcia z uwagi na tylko 80 minutowy czas trwania.
Ostatnią zaletą filmu jest wspaniała muzyka, która nie pozwala wyjść z kina do zniknięcia ostatniego napisu końcowego.
„Pasolini”, reż. Abel Ferrara
„Pasolini” był nominowany nagrody filmowej Złotego Lwa.
Ten film wchodzi do polskich kin 1 kwietnia, biorąc pod uwagę okres jaki upłynął od produkcji to taki Prima Aprilis.
Lucyfer
To zdobywca Grand Prix wrocławskiego festiwalu.
Już sama forma tego filmu jest męcząca: oglądamy go bowiem jakby przez lunetę. Na ekranie mamy zaledwie okrąg (rybie oko), przy części scen pokazujący fabułę, czasami zamieniający się w kulę. Dopiero na samym końcu obraz rozszerza się na cały ekran.
Sam film to tryptyk o podróży tytułowej postaci z nieba do piekła, z przystankiem na ziemię. Kilka ciekawych scen (szczególnie wejście jednego z bohaterów do Królestwa Niebieskiego) nie ratuje mocno eksperymentalnej i zwyczajnie nużącej formy.
„Lucyfer”, reż. Gust van Den Berghe