Miejska przestrzeń wspólna?!

Skwer "Rodziny Fijewskich" – przykład zabudowy pozbawionej ogrodzeń - Powiśle, róg Zajęczej i Topiel
fot. A. Sheybal-Rostek

Gdy w 2003 r. pytałam developera, który zabudował większą część Skoroszy w Ursusie, dlaczego wszystkie jego inwestycje są ogrodzone płotem? – odpowiedział, że nikt nie chce kupować mieszkań w osiedlach otwartych. Z jego punktu widzenia to podnosiło koszty, ale dostosował się do rynku.

Po ponad dziesięciu latach obserwuję, bardzo powolną, tendencję odwrotną. Powstało już kilka budynków zamkniętych, ale tylko w „obrysie” nieruchomości (dobry przykład widoczny na zdjęciu apartamentowiec u zbiegu Zajęczej i Topiel), zaś reszta przestrzeni jest otwarta. Jest też kilka inwestycji, które obecnie powstają i w założeniach mają pozostać ogólnodostępne – na tyle na ile jest to możliwe. Przykładem może tu być „Żoliborz Artystyczny”, czyli całkiem nowe osiedle przy ul. Powązkowskiej. Inwestor bardzo wyraźnie zastrzega, że zależy mu na tym, aby z przestrzeni jaką tworzy korzystali również sąsiedzi.

To jest zwrot, którego nie oczekiwałam. I oznacza, że rośnie społeczne zrozumienie miasta. Coraz więcej osób odwraca się od wizji „getta” za płotem a swój dobrostan, jako mieszkańca, upatruje w życiu w miejscu, które jest wspólną przestrzenią miejską a nie tylko zamkniętą enklawą.

Doszły mnie również słuchy, że twórcy „Mariny” na Mokotowie po latach dostrzegli swój błąd – i mówią otwartym tekstem, iż tego błędu nie popełniliby po raz kolejny. Bo stworzyli jakiś sztuczny, martwy twór, który się nie rozwija. Nie przyciąga ludzi i jest całkowicie wycięty z tkanki miejskiej.

Gdy, od czasu do czasu, dyskutuję na ten temat, to koronnym argumentem moich adwersarzy jest to, że mają prawo ze swoją własnością robić co im się podoba. Moje przekonanie, iż miasto kieruje się odwiecznymi prawami, które należy respektować – kwitują stwierdzeniem, że nikt nie ma prawa im niczego dyktować.

Ale, jako żywo, ma. Bo przestrzeń miejska to w założeniu przestrzeń wspólna. I już dawno wymyślono, iż własność prywatna powinna się do tych miejskich standardów dostosować. A nie odwrotnie. Tyle, że jest to kompletnie niezrozumiane. Dyktat własności prywatnej jest tak wielki, że wartości nadrzędne, jak dobro wspólne, schodzą na dalszy plan. A tak miasta nie da się „robić”.

Są pewne prawa nadrzędne rządzące miejską społecznością i nie można ich lekceważyć. Nie da się udawać, że ich nie ma. One powstały wiele, wiele lat temu – a my udajemy, że ich nie było. I udowadniamy, że nas nie obowiązują. Nic bardziej mylnego.

Każdy kto, z własnej nieprzymuszonej woli, zamieszkuje w mieście powinien się dostosować. Tym bardziej, że wszyscy chcieliby korzystać z przestrzeni wspólnej – chodzić do pubów, bawić się w klubach i pić piwo w parkach. Byle nie było to pod własnym oknem. A potem imprezowicze wracają do swoich zamkniętych osiedli i nie rozumieją, że tam, gdzie się bawili też mieszkają ludzie, którzy mają prawo do ciszy i spokoju.

Miasto, to z założenia, przestrzeń wspólna. I należy ją kształtować tak, aby służyła wszystkim. Jeśli, wreszcie, zostanie to zrozumiane, to ruszymy do przodu. Na razie jest, jednak, regres.

21 maja 2014 23:32