Wydano trzysta milionów dolarów, a zabrakło pieniędzy na przyzwoity scenariusz!
Supermen nie żyje. Inni superbohaterowie działają w pojedynkę. Nie są w stanie przeciwstawić się złu, które chce zniszczyć naszą planetę. Czy na podstawie takiego punktu wyjścia tak trudno sklecić logiczną fabułę? Jak widać po „Lidze Sprawiedliwości” – trudno. Nie tylko sama historia jest mało wciągająca, ale także sposób jej prezentacji. Ciąg zdarzeń jest opowiadany pomiędzy kolejnymi scenami walk. Trudno się zorientować: kto, z kim i dlaczego. Ale generalnie i tak nie ma sensu. Ten film to tylko taka „przejściówka” – trochę lepsze od poprzedniczek, ale w dalszym ciągu daleko od pełnoprawnego widowiska.
Drugi co do wartości budżet w historii kina poszedł głównie na efekty specjalne. Ale już innowacyjnych rozwiązań kupić się nie da. Nagromadzenie nowoczesnych technik komputerowych staje się celem samym w sobie. Dokładanie skali efektu nie zwiększa jego atrakcyjności. Co z tego, że – przynajmniej atrakcyjna wizualnie – superbohaterka już w jednej z pierwszych scen zatrzymuje nie kilka, a kilkadziesiąt kul ratując zakładników podczas napadu na bank, jeżeli ten pomysł wymyślono już lata temu i zastosowano w dziesiątkach tego typu produkcji.
Twórcy filmu chcieli chyba zabłysnąć suspensem, tyle że zapomnieli o podstawowych zasadach trzymania tajemnicy. Jak można się pasjonować zmartwychwstaniem legendarnego bohatera, jak nazwisko odtwarzającego go aktora jest w czołówce obsady? Zapomnijmy więc o tym wszystkim i przyjmijmy założenie, że Supermen odszedł z tego świata na dobre. W zasadzie wcale nie jest potrzebny, bo Czarny Charakter okazuje się w finale takim frajerem, że nawet ambitna ekipa spod monopolowego na warszawskim Powiślu z łatwością by sobie poradziła.
„Liga Sprawiedliwości” próbuje ratować się większą dawką poczucia humoru. Mogłoby się to udać, gdyby w kinach nie był wciąż obecny „Thor: Ragnarok”, który pod względem lekkości bije „Ligę” na głowę już pierwszą sceną.
Pasjonaci komiksów oraz wytrawni badacze wszystkich wątków tak wielu już ekranizacji pewnie mają swoje zdanie: jedni odnajdują wiele ciekawych nawiązań, inni biadolą nad niekonsekwencjami. Są również dwie sceny po napisach, w naszej ocenie równie słabe jak cały film, dla „komiksożerców” ważne – no i oczywiście jednoznacznie wskazujące na kontynuację. Kolejne trzysta milionów dolarów pewnie się uzbiera.
Nie jest to mimo wszystkich wad film, który ogląda się z bólem. Dwie godziny rozrywki i szybko się o nim zapomina. Ale bez większego rozczarowania. Nie warto tylko dopłacać do wersji 3D – tych efektów jest jak na lekarstwo, widać na to również nie starczyło budżetu.
Ocena 4/10
Zwiastun: