Zawirował, zakręcił … no i niestety się skończył XI Międzynarodowy Festiwal Tańca ZAWIROWANIA

Zawirowania
Zawirowania – XI MIĘDZYNARDOWY FESTIWAL TAŃCA
fot. Teatr Zawirowania

W tym roku Międzynarodowy Festiwal Teatrów Tańca Zawirowania odbył się już po raz jedenasty.

W trakcie ciepłego czerwcowego tygodnia entuzjaści teatru tańca, ruchu i performance mogli zobaczyć 15 spektakli poruszających całe spektrum tematów – od bardzo popularnych w teatrze tańca poszukiwań własnego „ja”, walki z cierpieniem i z samym sobą, przez miłosne historie z różnych zakątków świata, po rzeczy czysto ruchowe, skupiające się bardziej na tym, „jak” niż „po co”.

Tak naprawdę nikt do końca nie wie, kiedy festiwal się rozpoczął. Według programu, artystów i ich znajomych – w piątek, 19 czerwca. To właśnie wtedy Grupa Z, pracująca przez cały rok pod czujnym okiem Karoliny Kroczak, zaprezentowała swój finałowy performance. Wtedy też mogliśmy zobaczyć po raz kolejny Warszawską faunę – finał projektu „Aktorskie Zawirowania”, prowadzonego przez Elwirę Piorun, tancerkę Teatru Tańca Zawirowania i Magdalenę Engelmajer z Teatru ME/ST. Tym razem była to „fauna” międzypokoleniowa – oprócz uczestników wspomnianych warsztatów na scenie pojawili się również seniorzy przychodzący na zajęcia do Zawirowań.

Oficjalnie jednak XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Tańca Zawirowania został przez jego dyrektora, Włodzimierza Kaczkowskiego, otwarty w sobotę, 20 czerwca, spektaklem Tendre Achille francuskiej grupy La Compagnie 47,49 – przepięknym, poruszającym i bardzo fizycznym. Trzy ciała, splecione w węzeł, powoli poruszały się po scenie już w trakcie wchodzenia publiczności, by następnie zabrać wszystkich w czułą (fr. tendre) podróż, pełną mitologicznych odniesień zawartych w emocjonalnych duetach, wyćwiczonych solówkach i zsynchronizowanych trio.

Niedziela należała do Duńczyków i ich dwóch kontrowersyjnych wersji Święta Wiosny Igora Strawińskiego. Wcześniej jednak Teatr Tańca Zawirowania zdradził, nad czym obecnie pracuje – w Starej Prochowni zaprezentowany został Stories of Soldiers and Widows, półgodzinny work-in-progress, zajawka tego, nad czym Elwira Piorun i Szymon Osiński z Zawirowań pracują razem z izraelskimi tancerzami – Ofrą Idel, dyrektor festiwalu Machol Shalem i Ido Tadmorem, wieloletnim dyrektorem Narodowego Baletu Izraela i przyjacielem TTZ. Tej czwórce udało się coś, co w przypadku work-in-progress udaje się rzadko – poruszyli publikę, wywołując pełną napięcia ciszę zarówno w trakcie, jak i chwilę po spektaklu oraz łzy u kilku osób – i trwającą do późnej nocy dyskusję. Bowiem temat przedstawienia jest bardzo aktualny, zwłaszcza dla izraelskiej połowy obsady – okrucieństwo wojny, dehumanizacja człowieka, bunt, a za chwilę rezygnacja. Wiara w wartości, o które się walczy i następujące po niej zwątpienie. Strach i odwaga. Kobiety i mężczyźni. Na tej wojnie walczą wszyscy – choć to mężczyźni mierzą do siebie z karabinów w jednej ze scen, kobiety są tymi, które te karabiny im podają. Czy wojna jest kobietą? Czy mężczyzna może się bać? Czy warto trwać w żałobie po jednych, kiedy inni są wokół?

Premierę Stories of Soldiers and Widows przewidziano na 1 grudnia w Machol Shalem w Jerozolimie. Z niecierpliwością na nią czekam, licząc że odpowie na pytania, które po spektaklu wciąż mam w głowie.

Wracając do Święta Wiosny – nie zauważyłam, by ktoś wyszedł oburzony ze spektaklu, jak w przypadku premiery w 1913 roku, ale duński Granhoj Dans dość mocno odbiegł od klasycznego wykonania baletu Strawińskiego, uznawanego za początek muzyki nowoczesnej. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim rozdzielenie płci – jako pierwszą mogliśmy oglądać część damską, drugi spektakl był tańczony przez samych mężczyzn. Duńskie „Rite of Spring” oparte jest przede wszystkim na rytmie – tradycyjne instrumenty zastępuje tu rytm wystukiwany baletkami, pałkami, wysmagany brzozowymi witkami. Akompaniuje tym dźwiękom jedynie fortepian.

Kolejne trzy dni to przegląd włoskiego tańca współczesnego, z gwiazdą tegorocznej edycji festiwalu Compagnia Zappala Danza na czele. Cztery zespoły, pięć spektakli i fantastyczny przekrój różnych stylów, różnego postrzegania rzeczywistości. Piękne partnerowania, inspiracje capoeirą i dużo mroku – to Lupi neapolitańskiego Art.Garage. Kontrolowany chaos, idealna synchronizacja, fantastyczna muzyka na żywo, finezja – to dwa spektakle Zappala Danza, duet Pre Testo 1 z towarzyszeniem fortepianu i siedmioosobowy Instrument 1 – odkryć niewidzialne z akompaniującym przez 75 minut marranzano – instrumentem przypominającym drumlę, nazywanym też żydowską harfą.

Przy tych trzech produkcjach nieco bledną dwa pozostałe włoskie spektakle – Mit Afekt w wykonaniu Versiliadanza z Florencji oraz Pina… Why not Naples? Movimentoincantor w koprodukcji z Con.Cor.D.A. Pierwszy z nich to klasyczny duet opowiadający o miłości, długoletnim związku i oddaleniu, jakie po tych wielu latach widoczne jest gołym okiem. On wciąż czegoś chce, ona już niekoniecznie – robi krok w przód, by za chwilę uciec trzy w tył. Oszczędność i powtarzalność ruchów oraz nieumiejętne zakończenie sprawiły, że patrzyło się na Mit Afekt trochę jak na amatorski pokaz z domu kultury. Choć trzeba przyznać, że i on, i ona są niesamowicie gibcy i pięknie ze sobą zgrani.

Bilety na Pinę… rozeszły się jak świeże bułeczki – zapewne dzięki magnesowi w tytule, jakim jest imię wybitnej choreografki Piny Baush. Niestety, po wyjściu z Laboratorium CSW, gdzie odbywał się spektakl, słyszałam głównie głosy zawodu. „Nudne i infantylne” – mówili jedni. „Dosłowne, zbyt dosłowne i zbyt przewidywalne” – twierdzili inni. Znajoma fotografka powiedziała mi nawet, że „zdecydowanie lepiej się ten spektakl fotografuje, niż ogląda dla samego patrzenia.” Faktycznie – na zdjęciach wygląda to pięknie, kolorowo i zachęcająco, w rzeczywistości przez pierwsze kilkanaście minut widz myśli, że to konwencja, którą tancerze za chwilę przełamią – czego jednak nie robią, wywołując westchnienie ulgi, gdy w końcu zgasną światła.

Polskimi akcentami, oprócz wspomnianych, były ReHERsAll – pokaz projektu kolejnego tancerza Zawirowań, Bartosza Figurskiego i Polski Teatr Tańca ze spektaklem Minus 2, o którym jego izraelski choreograf Ohad Naharin mówi, że jest formą rekonstrukcji i zmiany istniejących już fragmentów, by móc spojrzeć na nie z innej perspektywy. Tak jest w istocie – każda scena to inna dynamika, każda postać – inny środek wyrazu. Nie bez powodu Naharina, dyrektora legendarnego Batsheva Dance Company, nazywa się w Izraelu „bogiem współczesnego tańca”. Minus 2 to spektakl, który na długo zostaje w pamięci.

Ostatni dzień Festiwalu należał do młodych choreografów. Na początek zaprezentowali się przedstawiciele azjatyckiej nowej fali – po China New Wave na Festiwalu w 2013 roku przyszedł czas na Hongkong New Wave i trzy prezentacje tego, co w Hongkongu i okolicach dzieje się w świecie tańca współczesnego. Trzy spektakle, trzy odmienne style, trzy pomysły na siebie i pokazanie swoich uczuć. To najlepszy dowód na to, że w chińskim tańcu współczesnym dzieje się całkiem sporo i całkiem dobrze, co widać było w czwartkowe popołudnie.

Wisienką na torcie tegorocznej edycji Festiwalu był pokaz laureatów konkursów choreograficznych z całego świata, w tym ubiegłorocznego WarsawZAWIROWANIAdance. Mogliśmy więc zobaczyć warszawskiego zwycięzcę, czyli spektakl đẹp w choreografii Dama Van Huynha, Aproximity – duet w choreografii Edo Cedera i wykonaniu Shiry Ben Uriel i Rona Matalona, zdobywców nagrody publiczności oraz laureatów konkursu Machol Shalem w Jerozolimie i MASDANZA na Wyspach Kanaryjskich – Within and Between w choreografii Julii Brendle oraz P=mg, solo w choreografii i wykonaniu Jann Gallois.

Po raz kolejny Międzynarodowy Festiwal Teatrów Tańca ZAWIROWANIA pokazał dobre spektakle, stanowiące przegląd tego, co na światowej scenie tańca się dzieje. Nie da się jednak ukryć, że czegoś jedenastej edycji zabrakło. Jakkolwiek poziom artystyczny był wysoki, wiele osób z którymi rozmawiałam zwracało uwagę na brak – charakterystycznej dla takiego wydarzenia – atmosfery. Być może w następnym roku Organizatorzy powinni pomyśleć o powrocie do zeszłorocznej idei klubu festiwalowego, gdzie publiczność mogłaby już prywatnie spotkać się z artystami, porozmawiać i wymienić doświadczeniami? Festiwal bowiem to nie tylko spektakle – to trochę styl życia, na jaki przez te kilka dni zamieniamy naszą codzienność.

8 lipca 2015 14:56