W sukienkach na barykady

Zaproszenie na spotkanie z bohaterkami książki "Dziewczyny z Powstania"
Dziewczyny z Powstania
fot. Organizator

Książka „Dziewczyny z Powstania” wczoraj pojawiła się w księgarniach. 28 maja o godzinie 18:30 w Muzeum Powstania Warszawskiego odbędzie się spotkanie z autorką i bohaterkami książki.

1 sierpnia 1944 roku w Warszawie było pół miliona kobiet, które w chwili wybuchu Powstania musiały na nowo zorganizować swoje życie. Walka nie oznaczała wyłącznie heroicznej bitwy na barykadach. Ratowanie rannych, pielęgnowanie chorych, zajmowanie się dziećmi, zdobywanie jedzenia- każda z kobiet dała Powstaniu ile mogła.
Autorkę do napisania książki zainspirowała babcia, której historia również została opisana.

Dziewczyny z Powstania

Fragmenty książki:

Janina Różycka, rocznik 1922. W zgrupowaniu „Żywiciel” miała pseudonim „Dora”.

„Moim pierwszym zadaniem była pomoc w zorganizowaniu na nowo pobliskiego szpitala. Na szczęście, Niemcy zostawili w nim absolutnie wszystko. Łóżka, materace, pościel, lekarstwa, środki dezynfekcyjne. Uciekali w pośpiechu. Jedynym problemem była jeżdżąca po Żoliborzu pancerka, która ciągle ostrzeliwała nasz gmach. Długo tam nie wytrzymaliśmy, musieliśmy się wynieść i wszystko przenieść.

Miałam do dyspozycji gońca, chłopca o pseudonimie „Fred”. Wyglądał na 11, może 12 lat. Mały chłopaczek, typowy zawadiaka z Marymontu. Powiedział, że jak będzie trzeba, to on meldunek zaniesie wszędzie. Zna bowiem wszystkie okoliczne ogródki, zakamarki i bramy jak własną kieszeń. Był niesamowicie zwinny. Posyłaliśmy go więc z rozkazami. Jak wracał, to zawsze przynosił mi a to pomidora, a to jabłko, a to gruszkę zerwaną z jakiegoś sadu czy ogródka.
– „Dora”, jak się skończy wojna, a ja dorosnę, to się z tobą ożenię – powtarzał przy każdej okazji. A ja śmiałam się i oczywiście mu przytakiwałam. Niestety, moim pierwszym rannym był właśnie ten chłopiec — „Fred”. Gdy dowiedziałam się, że go trafili, natychmiast do niego pobiegłam.”

Dziewczyny z Powstania

Halina Wiśniewska z domu Rybak.

„Wody odeszły mi rano. Chyba o piątej. Już wcześniej skurcze były bardzo silne, wówczas stały się jednak nie do zniesienia. Myślałam, że umieram, wrzeszczałam z bólu. Co gorsza, akuszerka kazała mi leżeć na łóżku, mimo że w tej pozycji było mi właśnie najgorzej. Brzuch, plecy, biodra. Myślałam, że ból rozsadzi mnie od środka. Że rozerwie mi kości. Potem zaczęła się akcja. Zaczęłam przeć. To był mój pierwszy poród, było więc bardzo ciężko. Nie chodziłam oczywiście wcześniej do żadnej szkoły rodzenia, nie miałam znieczulenia. Wtedy nie było takich udogodnień. Całe szczęście jednak jakoś się udało. Usłyszałam dziecięcy krzyk. Ogarnęło mnie uczucie ulgi i potworne wyczerpanie. Urodziłam syna, Stanisława. Był zdrowy. Nie wybrał sobie jednak najlepszego momentu do przyjścia na świat. Była bowiem pierwsza po południu 1 sierpnia 1944 roku. Cztery godziny do godziny „W”.

Józek, mój mąż, gdy zobaczył niemowlaka, był zachwycony. Urodził mu się syn! A to dla mężczyzny jest bardzo ważne. Szybko jednak zaczął się zbierać. Ja byłam jeszcze w szoku po porodzie, byłam zdezorientowana, ale świetnie pamiętam, co wtedy mówił. – Kochanie, naprawdę strasznie się cieszę. Nasz synek jest po prostu cudowny, bardzo was oboje kocham. Ale sama rozumiesz, muszę iść do Powstania. (…) Józek poszedł do Powstania o trzeciej. Pocałował mnie i Stasia, uśmiechnął się i zamknęły się za nim drzwi. Ja zostałam z noworodkiem na ręku, siostrą i siedemdziesięcioletnim ojcem”

Anna Herbich (rocznik 1986) — dziennikarka tygodnika „Do Rzeczy”. Wcześniej pracowała w „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. Urodziła się i mieszka w Warszawie.

28 maja godz. 18.30, Sala pod Liberatorem Muzeum Powstania Warszawskiego

23 maja 2014 13:00