Melody Gardot wystąpiła na Torwarze

Coś wychodzi
The Currency of Man – okładka płyty
fot. Roman Soroczyński

Roman Soroczyński wybrał się specjalnie, by móc Państwu zdać relację z tego wydarzenia.

Jeszcze kilkanaście minut przed godziną dwudziestą 9 grudnia 2015 roku na płycie i widowni warszawskiego Torwaru znajdowało się stosunkowo niewiele osób. Jednak owe kilkanaście minut wystarczyło, aby płyta wypełniła się, a na widowni zostało niewiele wolnych miejsc. A wszystko za sprawą koncertu amerykańskiej piosenkarki Melody Gardot, organizowanego przez Agencję Artystyczną Go Ahead z Poznania. Koncert był elementem promocji najnowszego albumu artystki, „The Currency of Man”, który ukazał się w czerwcu 2015 roku.

Artystkę prezentowaliśmy w zapowiedzi (zob. http://www.warszawa.pl/kultura/dobrze-zmotywowana-artystka-wystapi-na-torwarze/), zatem teraz nie będę tego robić. Pozostało kilka słów refleksji na temat samego koncertu.

W przeciwieństwie do wielu innych artystów Melody Gardot – mimo, że płynie w niej domieszka polskiej krwi po babce – nie kokietowała publiczności polskimi słowami. Jedynie od czasu do czasu wypowiadała jedno z magicznych słów: „dziękuję”. Za to swobodnie operowała językiem francuskim. Zresztą, jej wejście zostało zapowiedziane w tym języku. Kiedy jednak piosenkarka zorientowała się, że zdecydowana większość publiczności nie rozumie jej, błyskawicznie przeszła na angielski. Zinterpretowała treść niemal każdej piosenki. Uważnie obserwowała reakcję widowni. W pewnym momencie zwróciła się do jednego z widzów i zapytała, kim jest osoba siedząca obok niego. Kiedy odpowiedział, że to jego miłość, artystka dała do zrozumienia, że to widać z mowy ciała. Zaapelowała, aby wszyscy widzowie okazali swoje zainteresowanie siedzącym obok partnerom i objęli ich.

Melody Gardot śpiewała oraz grała na gitarze i pianinie. Jej lekko zachrypnięty głos, mieszczący się w niskich i średnich rejestrach, dawał niesamowite ukojenie. Czasami stawała z boku sceny i dawała szansę prezentacji swoim muzykom. Zwłaszcza podczas bisu każdy instrumentalista zagrał partię solową, zaś Gwiazda Wieczoru powiedziała o poszczególnych muzykach kilka ciepłych słów. Moje szczególne zainteresowanie wzbudziła sekcja instrumentów dętych. Nie dość, że Garry Grant (trąbka), Irwin Hall (saksofon altowy) i Dan Higgins (saksofon tenorowy i barytonowy) znakomicie grali, to jeszcze – niczym Blues Brothers – mieli świetnie ułożoną i wykonaną choreografię. Koncertowi towarzyszył głośny śpiew całkiem sporej liczby osób. Bowiem Melody Gardot nawiązała doskonały kontakt z widownią, której większość dała się wciągnąć do śpiewania „chórków”. Nic dziwnego zatem, że 1,5-godzinny koncert szybko minął, zaś publiczność nie była ukontentowana tylko jednym bisem.

Mam nadzieję, że Melody Gardot szybko wróci do Polski z następnym koncertem.

13 grudnia 2015 21:32